I choć nie zabrzmi to radośnie, to jakby nie patrzeć wszystko ma swój koniec. Czasami ten koniec jest przedwczesny, czasami oczekiwany. Gdyby Norwegowie nie powrócili po przerwie w połowie lat 2000., zapamiętano by ich jedynie jako twórców jednego z najbardziej ambitnych, monumentalnych dzieł w historii metalu – płyty zawierającej jeden utwór, tyle że sześćdziesięciominutowy pt. „Light of Day, Day of Darkness”. Płyty, która tylko częściowo może być zaliczona w poczet albumów metalowych. Zawężenie zawartości tego krążka do określenia „metal” jest nieusprawiedliwione. Chór operowy, chór dziecięcy, odgłosy krzyków, nietuzinkowe instrumenty (EBow), kilku wokalistów, sprawiają, że to utwór wielowymiarowy, wielostylistyczny i jedyny w swoim rodzaju.
Jedyny aż do 2025 roku. Do momentu wydania przez zespół Green Carnation pierwszej części trylogii „A Dark Poem” – „A Dark Poem Part I: The Shores of Melancholia” i jej drugiej części – „A Dark Poem Part II: Sanguis”, które zostały omówione na łamach MLWZ.pl. Jeżeli pierwszą część napędza mroczna i ciężka fala black metalu, to już tę drugą pełna surowych ballad stylistyka crossoverowa. A wszystko to w ciągu niemal jednego roku. Część pierwsza trylogii ukazała się we wrześniu 2025 roku, a cześć druga w kwietniu tego roku. Część trzecia natomiast… ma swoją premierę właśnie teraz. Ponad sto dziesięć minut muzyki w przeciągu roku! Tytuł albumu wieńczącego trzyczęściową opowieść to „A Dark Poem, Part III: The Messiah Complex”.
Najnowsze dzieło Norwegów, jak mówi wokalista Kjetil Nordhus: „(…) to zdecydowanie nasze największe osiągnięcie od czasu „Light of Day, Day of Darkness”. Nasza trylogia albumowa stanowi powrót do epickiej narracji, dzięki której zaistnieliśmy na scenie w 2001 roku. Choć przyjęcie części pierwszej i drugiej było dla nas niezwykle pozytywne, wierzymy, że w części trzeciej zostawiliśmy to, co najlepsze. „The Messiah Complex” spina całą historię w jedną całość, stanowiąc nasze jak dotąd najbardziej ambitne dzieło”. Co więcej, przy okazji wywiadu Nordhus wyjawia jak powstawały poszczególne części: „(…) O ile kierunek tego dzieła wyłaniał się w trakcie samej podróży twórczej, o tyle „The Messiah Complex” został starannie zaplanowany, z jasną wizją tego, jak historia ma się zakończyć. Naszym celem było, aby każda z trzech części mogła funkcjonować samodzielnie, jednak część trzecia spaja je wszystkie w spójną całość”.
Część trzecia to zarazem najbardziej progresywna część trylogii, choć, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, naginam i nadużywam tu tego określenia. Dla przypomnienia dodam tylko, że pomysł na stworzenie „A Dark Poem” – dzieła inspirowanego oniryczną odą Arthura Rimbauda do tragicznej Ofelii z dramatu Szekspira – przebył wraz z kolejnym krążkami drogę od melancholijnych utworów metalowych, poprzez wspomniane ballady crossoverowe i dotarł do punktu zwrotnego, który musiał zostać zdominowany przez efektowe zakończenie, zwieńczenie dzieła. I tak jest w istocie.
Pierwszy singiel z najnowszego krążka i zarazem pierwszy utwór z płyty - „Unconditional Artificial Chemistry” - stanowi doskonałą kontynuację „Sanguis”, dzieląc z nim znaczną część atmosfery i ładunku emocjonalnego. Jego sześciominutowy majestat strukturalny odwołuje się do części poprzedniej i jednocześnie zapowiada nową. W dalszym ciągu słychać mocną sekcją rytmiczną, marszową aranżację i to, co zachwycało na poprzednim krążku: melodyjność narracji i wokalną perfekcję. Jakże daleko zespół odszedł od metalowych dźwięków pierwszej części trylogii… Mimo wielu zmian tempa, mimo ostrzejszych solówek, to już zupełnie nowa jakość stylistyczna, choć jeszcze stojąca na skrzyżowaniu metalu i dobrego rocka progresywnego w jego cięższej odmianie.
Tytułowa kompozycja „The Messiah Complex” to swoiste przełamanie tego, co było dotychczas. Jeżeli w przypadku poprzednich utworów krok po kroku zespół odwracał się od brzmień cięższych, to teraz wprost podążył w kierunku progresywnym. Jego najważniejsze cechy to: głęboka wrażliwość liryczna, subtelne akcenty orkiestrowe oraz zapierające dech w piersiach rozwinięcie. I właściwie wszystko to trwa zbyt krótko, zbyt krótko, żebyśmy w całej pełni dostrzegli wielość niuansów muzycznych, które ta kompozycja zawiera. Szczególnie polecam jej środkową część gdy początkowo powolna i majestatyczna kompozycja przeradza się w pełen mocy i potęgi utwór progresywny wykraczający poza prog metal, którego dźwięki są tu tylko elementem wzmacniającym dramatyzm utworu.
„Świat pędzi z przerażającą prędkością. Ma się wrażenie, że tracimy nad nim kontrolę” – mówi Nordhus - „Jako jednostki nie potrafimy tak naprawdę poradzić sobie z tym wszystkim, co zmierza w fatalnym kierunku”. Trzecia kompozycja z najnowszego krążka jest właśnie o tym. „Broken Souls, Common Enemies” wykrzykuje złość, pokazuje zagubienie, a jednocześnie jakby głaszcze po głowie, utula i zachęca do uspokojenia. Bo mamy tu i mocne metalowe riffy i solo gitary, które wybrzmiewa tęsknotą, liryzmem i piękną melodią. Owe solo jest promieniem, który wprowadza element jasności w strukturę tej kompozycji, sprawiając że przerażająca wizja zabieganego świata przestaje być tak straszna.
Oczywiście żaden finałowy rozdział nie byłby kompletny bez epickiego zakończenia. A finałowa kompozycja „A Dark Poem - Orchestral Suite” już w tytule zawiera to, co uderza najbardziej… Jest to suita orkiestrowa wykonana z pomocą Orkiestry Symfonicznej i Chóru Operowego w Kristiansand. Kipiąca majestatem i doniosłością, klasycznym metrum i wspaniałym rozpisaniem fraz. Uderzająca patetyzmem, który jednak nie razi, i… niesamowitą doniosłością poszczególnych fragmentów. Dziewięć i pół minuty – tyle bowiem trwa orkiestrowy wstęp – oderwania od muzyki, z którą mieliśmy do czynienia dotychczas. Ponad dziewięć minut symfonicznej wędrówki, która w klasycznym metrum wyraża ukryte emocje i jednocześnie je tonuje, uspakaja i kołysze. Dopiero po takim niesamowitym wstępie Green Carnation przystępuje do dalszego ciągu. To niezmiernie odważne posunięcie, ale nie ma się co dziwić. Wystarczy przeczytać słowa wokalisty Kjetila Nordhusa: „(…) To odważny krok. Jednak od chwili, gdy rozpoczęliśmy pracę nad tą trylogią, wszyscy w zespole byli zgodni: nie pójdziemy na żadne kompromisy. Zakończenie »A Dark Poem« z udziałem orkiestry i pełnym wykorzystaniem jej możliwości to zabieg w duchu rocka progresywnego – dokładnie taki, jakiego dokonywały wielkie zespoły pod koniec lat 60.”. Od siebie dodam, że to zabieg, który niezmiernie zdziwi każdego słuchacza przyzwyczajonego raczej do mocnych riffów i zmian tempa. Proszę wkomponować w tę klasyczną strukturę partie recytowane i grand finale, które od mniej więcej piętnastej minuty prowadzi słuchacza do mimo wszystko zbyt szybkiego i bardzo zaskakującego końca. I dorzucić chór, który we wspaniały sposób wybrzmiewa w ostatniej minucie. To w sumie szesnaście minut totalnego zaskoczenia.
„A Dark Poem – Orchestral Suite” wykracza poza możliwości definicyjne, zaskakuje z taką mocą, że nie wiadomo do końca nawet po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu dlaczego takie właśnie zakończenie. A może to właśnie jest ta cecha, która sprawia, że czujemy powiew czegoś niesamowitego, odbiegającego od normy, od sztampy? Proszę się nad tym zastanowić przy szóstym, jedenastym lub osiemnastym słuchaniu… warto.
Grupa Green Carnation i jej trzeci rozdział opowieści „A Dark Poem” wprawia w osłupienie i zadumę. Jak dla mnie ta niesamowitość przywraca czasami upadająca wiarę w możliwości rocka progresywnego. Otwiera kolejną nową furtkę lub (jak kto woli) okno na świat muzyki spod tego znaku. I jest to jedno z najciekawszych zjawisk tego roku.
Na koniec chciałbym przytoczyć zdanie znalezione gdzieś tam w otchłaniach internetu: „(…) Wydając „A Dark Poem, Part III: The Messiah Complex”, Green Carnation wieńczą dzieło wybitne, które obok „Light of Day, Day of Darkness” stanowi kluczowe osiągnięcie ich kariery”. I tylko boję się pomyśleć czy po takiej trylogii można jeszcze stworzyć coś lepszego?…
