mlwz - edunitsky - baner - motyl

Artificial Silence - Hollow Drift

, Maciej Niemczak

Tacoma w stanie Waszyngton to jedno z tych miast, które żyją trochę w cieniu swoich większych sąsiadów. Gdy mówi się o muzyce z północno‑zachodniego wybrzeża USA, najczęściej padają nazwy Seattle czy Portland. Tymczasem właśnie w Tacomie, nad zatoką Commencement Bay, powstał zespół, który zamiast krzyczeć o sobie, przez lata wolał milczeć. Artificial Silence – nazwa, która brzmi jak manifest: cisza nie jest tu pustką, lecz świadomym wyborem. Ich debiutancki album „Negative Space” z kwietnia 2018 roku szybko zdobył uznanie w progresywnych społecznościach na całym świecie, między innymi dzięki użyciu prawdziwego chóru i sekcji orkiestrowej. A potem zapadła cisza. Osiem lat bez pełnowymiarowego wydawnictwa, tylko koncertowa EP‑ka „Indeed True Live” w 2022 roku, jak pojedynczy sygnał wysłany z pokładu statku, który zniknął we mgle. W czerwcu 2026 roku ten statek wraca – i nie jest już tym samym okrętem.

„Hollow Drift” to drugi, długo wyczekiwany album studyjny Artificial Silence. Materiał został zmiksowany i zmasterowany przez legendarnego producenta prog metalu, Jamie Kinga, a okładka autorstwa Nhi Hoàng dopełnia całości w sposób, który trudno nazwać inaczej niż „imponujący”. Zespół działa dziś jako trio: Nabil Fadili na gitarze, Rylie (Lee) Nelson na gitarze, instrumentach klawiszowych i wokalu oraz Austin Schend na klawiszach i wokalu. Do tego dochodzi gościnny udział Anity Schend na skrzypcach. To niewielki skład jak na tak rozbudowaną, symfoniczną muzykę, ale właśnie w tym tkwi jedna z największych magii „Hollow Drift”: ogrom brzmienia rodzi się z bardzo świadomej, precyzyjnej pracy kilku osób.

Słuchanie tego albumu przypomina samotne dryfowanie na pokładzie opuszczonego statku widmo, zawieszonego gdzieś pomiędzy gwiezdną próżnią a wzburzonym, ziemskim oceanem. „Hollow Drift” jest spektakularnym powrotem z otchłani ośmioletniego milczenia. Zespół z Tacomy udowadnia, że czas spędzony w cieniu nie był wegetacją, lecz procesem krystalizacji. Muzycy stworzyli album‑katedrę, w której każdy riff, każde uderzenie klawisza i każdy szept wokalu zostały wzniesione z nabożną precyzją, a produkcja Jamie Kinga nadała całości nieskazitelny, głęboki połysk. To mariaż rocka progresywnego, metalu progresywnego oraz rocka symfonicznego, w którym czyste, rozbudowane partie wokalne są nie tyle dodatkiem, lecz jednym z głównych filarów konstrukcji.

Podróż zaczyna się od „Voice Of A Stranger” – krótkiego, trwającego niewiele ponad trzy minuty otwarcia, które działa jak niespodziewany, ciepły głos odnaleziony na zapomnianej częstotliwości radiowej. Czyste, wielowarstwowe harmonie wokalne wprowadzają słuchacza w świat, gdzie głos jest przewodnikiem, a nie tylko nośnikiem tekstu. „Paradise” przynosi wyraźnie większą dynamikę: symfoniczna lekkość zderza się tu z agresywniejszymi, rockowo‑metalowymi riffami gitarowymi, tworząc napięcie między tym, co wzniosłe, a tym, co drapieżne. „The Shadow”, krótka, około półtoraminutowa miniatura, urzeka przestrzennym mrokiem i wyrafinowaną melodyką – to niemal czysta gra wokalnych harmonii, która przywodzi na myśl najlepsze tradycje nowoczesnego, progresywnego śpiewu.

„Fear And Retribution” rozwija się jako wielowątkowa kompozycja o gęstej sekcji rytmicznej i dramatycznych, technicznych zwrotach akcji. Produkcyjnie jest świetnie wyważona – ciężar nie przytłacza, a złożoność nie zamienia się w chaos. „Tidal Lock”, trwający nieco ponad dziewięć i pół minuty, jest pierwszym z dwóch kolosów na płycie i zarazem jednym z jej singli. To rozbudowane dzieło, w którym jazzujące pasaże klawiszy, metalowy ciężar oraz melancholijne, klasyczne brzmienie skrzypiec Anity Schend splatają się w jedną, emocjonalnie gęstą całość. To moment, w którym serce słuchacza zamiera pod wpływem ciśnienia – nie tylko dynamicznego, ale przede wszystkim emocjonalnego.

Prawdziwym sercem i koroną tego wydawnictwa jest jednak tytułowy „Hollow Drift” – niemal dwudziestoczterominutowy epos zajmujący całą drugą połowę albumu. To potężna, wieloaktowa symfonia wolnej wyobraźni. W tym utworze metalowy pancerz pęka, ustępując miejsca broadwayowskiemu wręcz rozmachowi, jazzującym pasażom fortepianu i kaskadom nakładających się na siebie chórów, które brzmią niczym anielski lament. Zespół z rzadko spotykaną gracją balansuje na krawędzi patosu i awangardy, pokazując, że muzyka progresywna nie musi być sterylnym ćwiczeniem z matematyki dźwięków, jeśli ma odwagę oddychać czystym pięknem i melodią. „Hollow Drift” hipnotyzuje od pierwszych sekund do ostatniego wyciszenia – to nie jest utwór, którego się „słucha”, to jest utwór, w którym się „przebywa”.

Brzmienie tego albumu pozycjonuje Artificial Silence w absolutnej elicie nowoczesnej sceny progresywnej. Najbliższe skojarzenia to The Dear Hunter i Native Construct – ze względu na niesamowity, niemal teatralno‑musicalowy rozmach, skłonność do pisania bogatych aranżacji wokalnych oraz płynne wplatanie elementów jazzu, klasyki i popu w rockowe ramy. Haken i Altesia przychodzą na myśl dzięki czystemu wykonawstwu, rozbudowanym, wieloczęściowym suitom oraz unikalnemu wyważeniu technicznych, ciężkich riffów gitarowych z przestrzennym, melodyjnym śpiewem. Dream Theater z lat 90. pojawia się jako punkt odniesienia w epickich strukturach i doskonałym współbrzmieniu klawiszy oraz solówek gitarowych w dłuższych formach instrumentalnych. A jednak „Hollow Drift” nie jest zbiorem cytatów – to własny głos, który mówi językiem progresji, ale opowiada historię w sposób głęboko osobisty.

Wszystkie te elementy – precyzyjna produkcja Jamie Kinga, okładka Nhi Hoàng, świadome budowanie napięcia między ciszą a dźwiękiem – składają się na album, który można nazwać jednym z najciekawszych powrotów ostatnich lat. Artificial Silence pokazują, że milczenie nie musi być końcem. Może być etapem, w którym coś dojrzewa, krystalizuje się, nabiera kształtu. „Hollow Drift” jest tego dowodem: to płyta, która dryfuje przez pustkę wspomnień, ale nigdy nie traci kursu. W świecie, w którym tak wiele muzyki powstaje „na szybko”, ten album przypomina, że czas bywa sprzymierzeńcem sztuki.

Tacoma nadal pozostaje miastem, o którym rzadko mówi się w pierwszym zdaniu, gdy pada hasło „prog z USA”. Po „Hollow Drift” trudno jednak nie mieć wrażenia, że gdzieś tam, nad wodą, w cieniu większych metropolii, powstało dzieło, które zasługuje na to, by wyjść z ciszy. Artificial Silence nie krzyczą. Oni budują katedry z dźwięku. A ten konkretny, najnowszy ich gmach – „Hollow Drift” – jest jednym z tych miejsc, do których chce się wracać, by choć na chwilę znów posłuchać, jak brzmi dobrze zaprojektowana, pięknie opowiedziana cisza.

MLWZ album na 15-lecie Dwa koncerty legendarnej formacji 'UK Revisited' Eddiego Jobsona w Polsce. Marillion Weekend w Polsce: 3-4 kwietnia 2027r., Kraków, Centrum Kongresowe ICE IQ w przyszłym roku wraca do Polski Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026