Quivira - Quivira

, Rysiek Puciato

Patrząc na zdjęcia muzyków załączone do debiutanckiego krążka raczej nie zobaczą Państwo tria osiemnastolatków. Choć nie wypada, to jednak trzeba przyznać, że wszyscy członkowie/członkinie amerykańskiego zespołu Quivira to bardzo doświadczeni (i niemłodzi już) artyści amerykańskiej sceny rockowo-progresywno-folkowej. I dobrze się stało, że „zrządzeniem losu” zdecydowali się nagrać wspólnie album pod tytułem (a jakże) – „Quivira”. Dzięki temu moja półka  z tegorocznymi debiutami zyskała następny album, który… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Zacznijmy od najmniej znanego muzyka z tej grupy. John Baker – być może jest znany najwytrwalszym znawcom muzyki z takich grup, jak Forever Twelve, Mars Hollow czy Little Girls. W zespole Quivira pełni rolę gitarzysty, basisty i wokalisty. Z drugim muzykiem będzie chyba nieco łatwiej. Jest nim Jake Livgren znany z grup Emerald City Council, czy Proto-Kaw (w którym główną rolę grał Kerry Livgren z zespołu Kansas). Warto wspomnieć, że współpracował także z zespołem Legacy Pilots, który w tym roku nagrał wspaniałą, nową płytę „Camera Obscura”. W zespole odpowiedzialny jest za wokal i, powiedzmy w skrócie, inne instrumenty, w tym gitary, saksofon itp. I na koniec, chociaż może to nie być zbyt mile widziane, ostatnią członkinią zespołu jest… (chyba powinny tu zabrzmieć oklaski…) Lisa LaRue. Rzec by można, że to artystka o wielu twarzach. Przez wiele lat współpracowała z Johnem Payne (Asia), Michaelem Sadlerem (Saga), zespołem United Progressive Fraternity. Była nominowana do nagród Native American Music Award oraz Hollywood Music Award, a także otrzymała tytuł Artystki Roku Rdzennych Amerykanów (Native American Artist of the Year) w ramach Oklahoma Music Awards. W 2024 roku uhonorowano ją tytułem Wyjątkowej Kobiety Roku (Remarkable Woman of the Year) w regionie północno-wschodniego Kansas. Jest również kompozytorką, producentką i instrumentalistką w zespole RematriNation (tegoroczny album „ᎠᏌᏃ ᎩᎦᎨ (The Red Dress)”).

Proszę się nie obawiać, więcej personalno-historycznych wymienianek już nie będzie. Czas na muzykę, której źródeł należy szukać w pewnym wydarzeniu historyczno-mitycznym. Zarówno nazwa grupy, jak i sama twórczość nawiązują do historycznego mitu o Quivirze – jednym z legendarnych złotych miast, których w XVI wieku poszukiwał hiszpański konkwistador Francisco Vázquez de Coronado. Zamiast złotych pałaców odkrył on jednak rozległe, bezkresne prerie zamieszkane przez rdzenne ludy, a prowadzony był – i zwodzony – przez tubylczego przewodnika znanego jako „Turek” (The Turk, której to postaci poświęcony jest jeden z utworów). Nazwa tego miasta ze złota brzmiała Quivira i ocenia się, że to pra-początki obecnego Kansas. I niejako dla uwyraźnienia nieco przydługiego wstępu dodam, że wszyscy muzycy zespołu podchodzą z Kansas, a jakby tego było mało wśród gości zaproszonych do współpracy przy nagrywaniu albumu znajduje się skrzypek Joe Deninzon z zespołu… Kansas. I byłbym zapomniał: Jake Livgreen jest bratankiem Kerrey’ego Livgrena z zespołu… Kansas oczywiście.

A sama muzyka to zamknięte w sześćdziesiąt sześć minut fascynujące przedsięwzięcie koncepcyjne, splatające historię kolonialnych wypraw, mitologię, ludzką obsesję na punkcie nieznanego oraz bezkresny krajobraz amerykańskich Wielkich Równin. Główny motyw projektu odzwierciedla pogoń za złudzeniem napędzanym żądzą złota i rozczarowanie w zderzeniu z surową rzeczywistością – zarówno geograficzną, jak i egzystencjalną. Ukazuje również zderzenie kultur: wpływ hiszpańskich konkwistadorów na dziewicze terytoria oraz mądrość rdzennych mieszkańców, którzy w ziemi dostrzegali wartość zupełnie inną niż złoto. Muzyka ilustrująca tę historię to konglomerat łączący elementy symfonicznego rocka progresywnego, melodyjność kompozycji i złożonych partii instrumentalnych z silnym akcentem na narrację. Dodatkowo zespół niejako dzieli album pod względem formy na dwie części: utwory instrumentalne i wokalne, igrając w ten sposób na dwóch jakże niezbędnych częściach ludzkiego pojmowania muzyki: rytmie i melodii oraz słowie i jego treści. W przypadku tego wydawnictwa taki zabieg udał się doskonale.

No to niech zacznie się wreszcie ta muzyczna opowieść o szaleńczym poszukiwaniu złota, złudnej chwale zdobywców i bogobojnych mieszkańcach miasta Quivira. Jak każdy koncept album także i ten rozpoczyna intro – „(Intro) The Coming Of The Spaniards”. „Średniowieczny psalm” i narastająca, lekko patetyczna orkiestracja zapowiadają zbliżanie się hiszpańskich konkwistadorów. W niespełna cztery minuty ten instrumentalny utwór buduje atmosferę przypominającą ot, choćby słynny soundtrack Vangelisa z filmu o losach Kolumba. Każda sekunda przemawia swoim własnym dramatycznym dźwiękiem zapowiadającym późniejszą opowieść o zaślepieniu, chciwości i chęci zdobycia przeklętego złota. By zaraz po nim rozpocząć śledzenie losów wyprawy.

„The Benefits of Breathing Quietly” – to pierwszy z wokalnych utworów na tym albumie. Delikatny i ze wszech miar dążący do zaprezentowania balladowo brzmiącej opowieści. Mimo powolnego początku już w drugiej minucie słychać pierwsze kroki podążające w kierunku rocka symfonicznego wraz z doskonale brzmiącymi wielogłosami, które bez zbędnych popisów instrumentalnych (może z wyjątkiem sola fortepianu)  kreują niezwykły świat ludzi, dla których ziemia jest ważniejsza niż złoto.

I zastanawiam się czy przypadkiem kolejnych kompozycji instrumentalnych z tego wydawnictwa nie można by nazywać minisuitami? Prawie siedmiominutowy utwór „The Plains’ Truth” jest przykładem takiej konieczności. Wspaniała gra skrzypiec, wybrzmiewający w tle i w chwilę później niemal na pierwszym planie syntezatorowy podkład pokazują, że świat, z jakim spotkają się hiszpańscy najeźdźcy niewiele będzie miał wspólnego z hałasem tętniącego życiem wyimaginowanego złotego miasta, że będzie to świat codziennego trudu i znoju, codziennych trosk i radości. Każdy kolejny utwór instrumentalny to prawdziwa uczta dla wyobraźni.

„(…) In the hush of dawn, the riders came / With maps of gold and whispered names” (W ciszy świtu nadciągnęli jeźdźcy / Z mapami ze złota i szeptanymi imionami) – tak zaczyna się opis zbliżających się najeźdźców w utworze pt. „Quivira Bound”. Muzycznie całość obfituje w przepiękne i bardzo melodyjne frazy, które nieco zgaszoną linią wokalną opisują nadciągające zło. I to co trzeba tu koniecznie dodać, to to, że to wspaniała symfoniczna kompozycja, ze wspaniałymi chórkami i ciekawymi solówkami klawiszowymi. I oczywiście skrzypce, które delikatnie akcentują wspomniana melodyjność. Choć sprawa skrzypiec i ich udziału w kolejnych kompozycjach jest cokolwiek dla mnie niezrozumiała, ale o tym później.

Przedłużeniem wspaniałej muzykalności poprzedniego utworu jest następujący po nim „Moving Forward”,w którym (przynajmniej według załączonej wkładki) swoją maestrię pokazuje Joe Deninzon. I jest to pokaz totalny, który doskonale wpasowuje się w suitowy kształt utworów instrumentalnych. Dostajemy w muzycznym prezencie naprawdę kawał doskonałej skrzypcowej improwizacji połączonej z lekko jazzowymi wariacjami sekcji rytmicznej. To najciekawszy instrumentalny utwór z tego krążka. Czysta perfekcja.

Opowieść o konkwistadorach trwa jednak nadal. Piosenka „The Turk - Follow the Wind” to opowieść o lokalnym przewodniku najeźdźców, który ze wszelkich sił próbuje zmylić kierunek poszukiwań i uniemożliwić dotarcie do miasta. Jeżeli powiem w tym miejscu, że ponownie skrzypce pokazują swoją maestrię, a całość delikatnie kroczy ścieżkami rocka symfonicznego, to będzie to zbyt mało. Melodyjność i żywiołowość tej kompozycji sprawia, że ta skądinąd prosta opowieść nabiera jakiegoś górnolotnego wymiaru. Proszę to sprawdzić.

To, co dostajemy później wymyka się jakimkolwiek określeniom. Trzy utwory instrumentalne, trzy minisuity jedna po drugiej – „Nothing Is Everything”, „Carved From The Sun” i „Kicking Rocks” to uczta dla wyobraźni, to niebo dla uszu i raj dla emocji. Jeżeli mógłbym coś doradzić potencjalnemu słuchaczowi, to jedynie to by zapętlić te trzy kompozycje i potraktować je jako jedną długą suitę. Pierwsza po prostu zamurowuje melodyjnością, druga drapieżnymi solówkami pomieszanymi z delikatnymi pasażami syntezatorów, a trzecia sprawia, że skumulowane emocje znajdują swe ujście w zawiłych improwizacjach rodem ze smoothjazzowych utworów pomieszanych ze wspaniałymi muzycznymi pochodami fortepianu i gitary, za którą odpowiada Evan Stanley (syn Paula Stanleya z grupy Kiss). Trzy kompozycje – ponad szesnaście minut czystej kontemplacji i radości.

Wokalną część płyty i opowieść o losach najeźdźców i najechanych kończy we wspaniały sposób piosenka „Prelude To Anywhere – Weekend Conquistadors”. Oczywiście zbytnim uproszczeniem byłoby odczytanie opowiedzianej tu historii tylko jako wspomnienia o fakcie historyczno-mitycznym. Przeczą temu słowa tego kończącego płytę utworu – „(…) Weekend conquistadors / Taking on this open road” (Weekendowi konkwistadorzy / Ruszają w drogę, przed siebie). Właściwie co dzień ruszamy w drogę by coś odkryć, by coś zdobyć. W sumie to jesteśmy codziennymi i weekendowymi konkwistadorami, którzy dla bogactwa, dla wrażeń, dla niezaspokojonych emocji w każdej  chwili i w każdym momencie czegoś poszukują i pragną zdobyć.

Jeżeli utwór „Prelude To Anywhere – Weekend Conquistadors” jest wokalnym zakończeniem tego albumu, to instrumentalnym jest ostatnia na krążku kompozycja pt. „Still Breathing”. Ponownie zostajemy zabrani w świat pięknej melodii i radości dla duszy. Ten, w sumie, bardzo nostalgiczny utwór jest momentem oddechu, czasu zastanowienia się nad tym, co dalej. Jest chwilą na nabranie nowego, świeżego oddechu przed kolejnymi próbami zdobycia tego, co niezdobyte, dojścia tam, gdzie nigdy nie doszliśmy, znalezienia tego, co jest niemożliwe do znalezienia.

I pozostaje tylko do wyjaśnienia sprawa skrzypiec. Ja słyszę je wszędzie, w każdym utworze, w każdej sekundzie każdej kompozycji. Według załączonej do płyty wkładki nikt z członków zespołu na nich nie gra. Jedynym skrzypkiem na tym albumie jest Joe Deninzon, który jednak według załączonej informacji udziela się tylko w kompozycji „Moving Forward”… Chyba, że szwankują mi uszy lub, że Lisa LaRue (używająca takich „maszyn grających”, jak RematriNation, Solo,2KX, Federico Fantacone, etc.) jest odpowiedzialna za grające skrzypcopodobne dźwięki. Oczywiście pozostaje jeszcze jedno wytłumaczenie, ale… nie pójdę w tym kierunku. Chociaż nie, napiszę to: jakby ktoś chciał przywołać w tym momencie nazwę „Kansas”, to zdecydowanie to jest ten kierunek. „Quivira” po prostu brzmi jakby ten album nagrali spadkobiercy grupy Kansas. Kropka.

Dajmy jedak spokój dywagacjom. Zamiast tego na sam koniec powiem najważniejsze: płyta zespołu Quivira pt. „Quivira” to według mnie murowany kandydat do miana jednego z najlepszych progrockowych debiutów 2026 roku.

MLWZ album na 15-lecie Dwa koncerty legendarnej formacji 'UK Revisited' Eddiego Jobsona w Polsce. Marillion Weekend w Polsce: 3-4 kwietnia 2027r., Kraków, Centrum Kongresowe ICE IQ w przyszłym roku wraca do Polski Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026