30 lat temu Ronald Stephen Hoggarth, znany jako Steve Hogarth, czy też po prostu „h”, miał już na swoim koncie wiele albumów nagranych z grupami The Europeans, How We Live i oczywiście Marillion. Brakowało jednak czegoś, za co odpowiadałby sam od początku do końca. I właśnie wtedy, latem 1996 roku zakończył on prace nad swoim pierwszym (i jak dotąd jedynym) solowym albumem. Steve wykorzystał chwilową przerwę w działalności macierzystego zespołu, która nastąpiła po zakończeniu kontraktu z koncernem EMI i, podobnie jak Steve Rothery, który nagrał pierwszy album pod szyldem The Wishing Tree („Carnival Of Souls”), czy Ian Mosley i Pete Trewavas, którzy połączyli siły z gitarzystą Sylvainem Gouvernaire’em pod szyldem Iris i stworzyli płytę „Crossing The Desert”, postanowił zrobić coś na własny rachunek. Jak powiedział w jednym z wywiadów: „Celem nagrania tej płyty było spełnienie długofalowej ambicji stworzenia albumu o sobie. W tym sensie jest to całkowicie egoistyczne. Współpraca z innymi muzykami, starannie wybranymi spośród najlepszych zespołów na świecie, była dla mnie prawdziwą przyjemnością i zaszczytem, a także okazją do bezpośredniego poznania ich fenomenalnego talentu i empatii …”.
Wokalista (i klawiszowiec) zaprosił do współpracy naprawdę ciekawych gości. Na syntezatorach zgrał Richard Barbieri (Porcupine Tree, Japan), na gitarach Dave Gregory (XTC), na perkusji Clem Burke (Blondie), na basie kolumbijski wirtuoz Chucho Merchán a na instrumentach perkusyjnych Portugalczyk Luís Jardim.
Album oryginalnie ukazał się 27 lutego 1997 roku, a jego producentem był Craig Leon mający na koncie współpracę z takimi grupami, jak The Ramones, Suicide, Talking Heads czy Blondie. On, gdy był czymś zachwycony, rzucał hasło „To po prostu genialne!” („I scream genius on that!”). Po małej przeróbce fonetycznej wyszedł z tego, świadczący o sporym poczuciu humoru Steve’a, tytuł albumu podkreślony zdjęciami wokalisty (z kucykami i lodami na patyku), które znalazły się na okładce płyty.
Wbrew tej, nieco zwariowanej, otoczki album rozpoczyna się bardzo spokojnie, od dźwięków wydobywanych z pianina oraz łagodnego śpiewu Steve'a. W tle subtelnie pobrzmiewa gitara, a całość skąpana jest w zwiewnym syntezatorowym tle. To wszystko składa się na utwór “The Evening Shadows”. Dopiero w drugiej części pojawiają się perkusja i bas, choć także niezbyt nachalne.
Zdecydowanie żywszy jest utwór nr 2, zatytułowany “Really Like”. Bardziej wyrazisty podkład perkusyjny z dużym użyciem różnych perkusjonaliów, ciekawą partią gitary, interesująca linią basu oraz syntezatorowymi smaczkami
Album promował singiel z utworem “You Dinosaur Thing”. To typowy rockowy kawałek z wyrazisty riffem, syntezatorowymi orkiestracjami z żartobliwym tekstem będący hołdem o starych rockmanach w stylu lat 60. W czyichś oczach sami jesteśmy starymi rockmanami. Utwór traktuje o modzie w muzyce i o tym, jak można zostać uznanym za „przeżytek”, zanim na dobre się zacznie:
“Retro's out Jumble's in/ You dinosaur thing/ Afro's out Boneheads in/ You dinosaur thing/ Help us out Rag it all in/ You dinosaur thing”.
Totalnie odmienny klimat wprowadza nagranie “The Deep Water”, w którym rządzą ambientowe syntezatorowe tła, odgłosy burzy, subtelna orkiestracja, delikatne pianino. W drugiej części ten ostatni instrument zaczyna dominować, pojawia się perkusyjny podkład (ponownie duże brawa dla Luísa Jardima), słychać niespokojne „arabskie” dźwięki gitary potęgujące transową atmosferę.
Na pewno jednym z najbardziej znanych fragmentów płyty jest utwór “Cage” (wspólna kompozycja Hogartha i Michaela Huntera) z wpijającym się w pamięć elektronicznym motywem, ciekawym podkładem rytmicznym, partią instrumentów dętych w finale i tekstem wyrażającym potrzebę kontaktu, miłości:
“The phone rang eleven times today/ None of them was you/ I was exhausted by the end of the day/ I know I have no right to be/ The one to whom you might/ So many animals in the zoo/ Doo bee doo .....
DO NOT FEED THE ANIMALS/ You don't need them animals/ I won't bite you if you try to/ Reach into the cage/ Nothing fell into the cage today/ Nothing”.
“Until You Fall” to typowy rockowy kawałek, który darzę najmniejszą sympatią na tym wydawnictwie, co nie oznacza, że jest jakiś zły. To prosty, rockowy kawałek, który autor opisuje jako połączenie zwrotek z stylu Lou Reeda z refrenem w klimatach rodem z twórczości grupy XTC.
Zainspirowany pierwszą wizytą Steve’a w Los Angeles utwór “Better Dreams” to kolejny niezwykle wyważony fragment płyty z subtelnymi orkiestracjami, ambientową gitarą, fletem i stonowanym śpiewem.
Oryginalny album kończyło najciekawsze nagranie z całym zestawie - “Nothing To Declare”, którego tekst powstał podczas gdy wokalista mieszkał nieopodal lotniska Heathrow. Zastanawiał się dokąd zmierzają przelatujące nad jego domem Boeingi 747. Ostatecznie w warstwie lirycznej znalazły się słowa pełne tęsknoty za kimś bliskim połączone z lotniskową rzeczywistością:
“I understand how you had to leave/ You said 'back soon' and I must believe/ My feelings haven't changed since that fateful day/ You left me grounded and you flew away
Over my house into the clouds/ To foreign lands in the sunshine/ I watch the seven forty sevens climb/ Over my house into the clouds/ To foreign lands in the sunshine/ I wave bye bye, bye bye,
A hundred thousand hearts a day/ Come gliding down but they don't explain/ An empty seat on a sold out flight/ A year ago on an empty night/ I watched you down but you never came/ Through 'Nothing To Declare' like a sign hangin' on my name
I'm watching the aeroplanes comin' in/ Waiting for a miracle/ Watching the aeroplanes/ Wonderin' if I'll see you ... again”.
W zwrotkach słyszymy głównie klawiszowy motyw z subtelnym podkładem perkusyjnym oraz melodię graną na pianinie. Refren (rozpoczynający się od zwrotu „Over my house...”) zbudowany jest z wielu ścieżek wokalnych (artyście towarzyszą Cassel Webb i Stuart Epps), a dodatkowo w podkładzie możemy usłyszeć mocniejszą partię perkusji oraz orkiestrację. To połączenie łagodnych z pełnymi patosu elementami wraz z przenikniętymi bólem słowami robi nadal duże wrażenie, szczególnie w wersji, która znalazła się na koncertowej płycie „S.P.Q.R.” z 2024 roku, gdzie wokaliście na scenie towarzyszyła chór Flowin’ Chords, a także grupa RanestRane.
Tak kończyła się pierwsza wersja płyty wydana przez When! Recordings. Zabrakło na niej wspólnej kompozycji Hogartha, Dave’a Gregory’ego i Richarda Barbieriego „The Last Thing”. Początkowo ukazała się ona na singlu „You Dinosaur Thing”, a potem na amerykańskiej edycji „Ice Cream Genius” (Resurgence, 1998) i wznowieniu albumu przez Castle Music z 2001 roku. Teraz także znalazła się w programie płyty. I bardzo dobrze, bo to niezwykle udana pieśń, z motorycznym rytmem wybijanym na perkusji i gitarowymi fiffami i ornamentami, które wraz z klawiszowymi tłami tworzą niezwykle mroczny klimat, a całość stanowi mocny punkt płyty.
Wydana w sierpniu edycja deluxe ma podobny format, co ukazujące się wcześniej specjalne wersje płyt Marillion. Dostajemy 3 płyty kompaktowe i jedną Blu-ray. Na krążku numer 1 znajduje się oryginalny album wraz z utworem bonusowym (inaczej niż w przypadku macierzystej formacji otrzymujemy oryginalny miks), natomiast dwa pozostałe zawierają zapis koncertu z klubu Dingwalls z 9 sierpnia 2000 roku. Oprócz materiału z „Ice Cream Genius” zespół h band (tak Steve nazwał swój zespół i właśnie pod takim szyldem ukazała się w 2002 roku koncertowa płyta „Live Body, Live Spirit”, nagrana 8 i 9 sierpnia 2001 roku w tym samym klubie) zaprezentował własne interpretacje kompozycji z repertuaru Marillion („King”, “Eighty Days”), How We Live („Working Town” z udziałem drugiego członka tego duetu – Colina Woore’a), Radiohead („Fake Plastic Trees”), Petera Gabriela („I Don’t Remember”), The Beatles („Helter Skelter”), Jeffa Buckleya („Dream Brother” – wspaniała, rozbudowana wersja), George’a Harrisona („The Art Of Dying”), The Pretenders („Middle Of The Road”) oraz solowego nagrania gitarzysty Aziza Ibrahima („Xen And Now”). Na scenie wokaliście towarzyszyli Mike Wilson (perkusja), Jingles (bas), Richard Barbieri (syntezatory) oraz Dave Gregory i Aziz Ibrahim (gitary).
Najbardziej rozbudowaną zawartość ma oczywiście płyta Blu-ray. Niestety, w odróżnieniu od wydawnictw tego typu Marillion, nie ma tu miksu 5.1 albumu, znalazło się za to dużo koncertowych nagrań. Największą atrakcją jest zapis wideo koncertu z 13 września 2002 roku z klubu Paradiso w Amsterdamie. Tu na perkusji zagrał Andy Gangadeen, a dodatkowo pojawili się Stephanie Sobey-Jones grająca na wiolonczeli oraz Dalbir Singh wzbogacający podkład perkusyjny grą na tabli. W repertuarze występu można znaleźć inne utwory Marillion („A Few Words For The Dead”, „Estonia”) oraz utwory z repertuaru m.in. Davida Bowie („Life On Mars?”) czy Pink Floyd („See Emily Play”). Ponadto w menu dysku znalazło się miejsce na teledysk do utworu „You Dinosaur Thing” oraz dokument zza kulis jego powstawania oraz wywiad ze Steve’em powstały na potrzeby niniejszego wydania. Nie zabrakło też materiału audio z koncertu w Genewie oraz kompilacji nagrań koncertowych z lat 1997 – 2003. Z ciekawostek – podczas występu w Barcelonie w 2003 roku na basie zagrał kolega z Marillion, Pete Trewavas.
Ważną częścią repertuaru Blu-raya są nagrania demo. Niektóre utwory pojawiają się w kilku wersjach, dzięki czemu możemy prześledzić jak kompozycje zmieniały się na różnych etapach prac. Ciekawy jest „Cage” w pierwszej wersji, gdzie słyszymy tylko pianino i głos, bez charakterystycznego podkładu. We wczesnej wersji „The Last Thing” można usłyszeć jazzujący fortepian. Można dowiedzieć się, że roboczym tytułem „Nothing To Declare” był „Aeroplane”. Są także niewykorzystane pomysły, choć np. linia wokalna z „Drop Dead” pojawiła się potem na „The Accidental Man” z płyty „This Strange Engine” Marillion, która ukazała się kilka miesięcy po „Ice Cream Genius”.
Krążki znajdują się wewnątrz okładki grubej książki zawierającej, oprócz tekstów piosenek i ilustracji do poszczególnych utworów, sporą ilość zdjęć. Szkoda, że zabrakło miejsca dla eseju na temat okoliczności powstania albumu, co jest żelaznym punktem wydawnictw tego typu macierzystej formacji. Okładka została przygotowana na wzór edycji amerykańskiej, choć zawiera nieco inne ujęcie twarzy muzyka (delikatny uśmiech) w odcieniach czerni i bieli, no i nie ma na niej imienia i nazwiska wokalisty, tylko sama litera „h”. Dodam, że oprócz opisanego powyżej boxu, wytwórnia EAR Music przygotowała edycję winylową w okładce typu gatefold zawierającą dwa czarne krążki wyłącznie ze studyjnym albumem.
W chwili premiery płyta zbierała mieszane recenzje. Niektórzy doceniali, że artysta postanowił zrobić coś odmiennego od rzeczy, do których przyzwyczaił słuchaczy na płytach Marillion. Dla innych była to zbyt daleko idąca wolta. Z perspektywy niemal 30 lat w mojej ocenie płyta się broni. Mimo dość eklektycznego repertuaru (a może właśnie dlatego?) zawiera sporo ciekawych, acz nieoczywistych pomysłów. Niestety Steve nie kontynuował kariery solowej i płyta „Ice Cream Genius” jest jedyną tego typu w jego niemałym dorobku. Nie oznacza to, że w późniejszych latach nie stworzył niczego poza Marillion. W 2012 roku on i Richard Barbieri wydali płytę „Not The Weapon But The Hand”, a w kolejnym EP-pkę “Arc Light”. Z kolei w 2017 roku wraz ze szwedzką grupą Isildurs Bane nagrał album „Colours Not Found In Nature”. Oprócz tego występował gościnnie m.in. na płytach Trevora Horna, RanestRane, Riccardo Romano Land czy Edison’s Children.
Lato 2026 rozpieszcza fanów grupy Marillion, jeśli chodzi o ilość wydawnictw związanych z zespołem. Najpierw ukazała się specjalna edycja albumu „marillion.com”, pod koniec sierpnia premierę miał długo wyczekiwany krążek „The Roaring Waves”, który Steve Rothery nagrał z innym wybitnym gitarzystą, Steve’em Hackettem. Dodatkowo we wrześniu światło dzienne miała ujrzeć piąta płyta Edison’s Children, w której udziela się basista, Pete Trewavas (ostatecznie premiera została przesunięta na przyszły rok). Całość uzupełnia opisana powyżej nowa edycja „Ice Cream Genius”, albumu może nie wybitnego, ale z całą pewnością intrygującego, którego słuchanie nadal sprawia dużo przyjemności. Przynajmniej tak jest w moim przypadku, ale zapewne nie jestem jedyny.
