Khatsaturjan - Monologue Of Chronos

, Rysiek Puciato

Takiej okazji oczywiście nie można było przegapić. W dwadzieścia lat po wydaniu debiutanckiej płyty pt. „Aramed Forces of Simantipak” grupa Khatsaturjan, której nazwa wywodzi się od nazwiska ormiańskiego kompozytora Arama Khachaturiana wydała nowy krążek pt. „Monologue Of Chronos”. A że w dodatku mają w swoim dorobku zaledwie trzy albumy (drugi pt. „Disconcerto Grosso” z roku 2010 i „Beast, Machine & Man” z roku 2015) i długą przerwę w działalności z tym większym zainteresowaniem informacja o nowym wydawnictwie Finów przyciągnęła moją uwagę. Przecież nie można było zapomnieć o zespole, który na swoim pierwszym singlu z roku 2002 pt. „Aramsome Sums” wykonał własną „rockową” wersję utworu „A Night on a Bare Mountain” (Noc na Łysej Górze) Modesta Musorgskiego i „A March To The Scaffold” (Marsz na szafot) Hectora Berlioza. I to wszystko w progresywno hardrockowych aranżach, włączając w to brzmienia pojawiające się później znacznie częściej,  rodem z muzyki Gentle Giant. Co więcej, niektórzy z krytyków uważają pierwszy album grupy za wzorcowy dla tzw. rocka symfonicznego. Po tym wszystkim można by pesymistycznie powiedzieć: ale to było dwadzieścia lat temu… I rzeczywiście warto sprawdzić jak zespół Khatsaturjan ma się dzisiaj.

Najnowsze wydawnictwo zespołu to czterdzieści siedem minut muzyki podzielonej na siedem kompozycji, a tytuł albumu sugeruje, że jego tematem przewodnim jest kwestia czasu. Fenomen upływu czasu jest tu obserwowany i opisywany z różnych perspektyw, wliczając w to tę chyba najwazniejszą: trudne położenie człowieka w świecie oraz osobiste, bardzo czasami subiektywne odczucie upływu życia.

Już tytuł pierwszej kompozycji, jak to się mówi, daje do myślenia: „Lessons (On Human Obsolescence)” (Lekcje - o ludzkiej zbędności). Proszę się jednak nie spodziewać żadnych mroczno-atmosferycznych aranży. Ta kompozycja to ogromnie zrównoważony, nieco nawet konserwatywnie zagrany utwór stosujący znane rozwiązania z innych płyt progresywnych z jednym wyjątkiem. Jest nim akcent ma polifonię wokalną (oj, to jest znak szczególny tego albumu) i większe zaangażowanie instrumentów klawiszowych. Te dwa elementy tworzą muzyczną strukturę tej, bądź co bądź, piosenki, którą rozpoczynają dźwięki dzwonu, a jej dalszy ciąg wyznacza progresywna ścieżka obficie ubogacona dużą ilością bardzo wciągających zmian tempa i popisów instrumentalnych. Nieco inaczej jest w przypadku utworu „What Was True” – drugiej kompozycji z płyty. Tutaj zespół wyraźnie zmierza w kierunku współcześnie brzmiących zespołów progresywnych wykorzystując „nowe brzmienia”, w sposób wielce udany, do stworzenia niepowtarzalnej atmosfery z pogranicza atmosferycznego rocka progesywnego (a nawet neo-progresywnego) i balladowej wielogłosowej piosenki. Ponownie wokalna polifonia i syntezatory są elementem budującym konstrukcję tej piosenki, a także całej płyty.

Foretpianowo-syntezatorowy szlif tworzy także utwór „The Dystopian Spirit Of Club Energy” (Dystopijny duch klubowej energii). Jednak w tej kompozycji zespół przypomniał sobie o muzyce klasycznej, o klasycznym metrum. Fortepian wyznacza aranżacyjną ścieżkę i jest tłem dla bardzo udanych popisów wokalnych. I tylko połowa utworu przypomina, że mamy już rok 2026 i że podkręcenie rytmu przez gitarę może przynieść całkiem udany efekt. Dołączenie do tego zestawu aranżacyjnych wątków elektronicznych tylko podnosi wartość muzyczną tego ponad pięciominutowego utworu.

Dopiero podczas słuchania utworu „Song Of Days” uświadomiłem sobie co, tak naprawdę, przyciąga w muzyce zespołu… delikatność i niemal teatralna narracyjność zgrabnie pomieszana z elementami zaczerpniętymi z muzyki klasycznej oraz wspaniałe opowieści wyśpiewane z umiejętnym stopniowaniem wokalnego zaangażowania. Mając do dyspozycji wszystkie możliwe środki muzyczne Khatsaturjan wybiera tylko te, które wpasowują się w symfoniczno-progresywną narrację cały czas mając gdzieś na przysłowiowym podorędziu wzorce płynące z muzyki klasycznej. „Song Of Days” jest właśnie doskonałym tego przykładem. Wspaniale wykorzystuje symfoniczne aranżacje mieszając je z perfekcyjnymi liniami wokalnymi oraz wplatając w strukturę kompozycji całkiem współczesne progresywne motywy gitarowe co w sumie tworzy bardzo „zgrabny” utwór. Podobny, piosenkowy, charakter ma utwór „DID Memoir”. Początek to „klasyczny” rozmach, progresywna gitara i… jakże delikatny wokal. Wszystko splata się w niebezpieczną dla słuchacza konstrukcję pełną  nawiązujących ponownie do muzyki klasycznej wątków improwizacyjnych, a także (co jest kolejną wartością dodatną) w połowie czwartej minuty wstawek rodem z teatralnej farsy. I proszę tylko uważnie posłuchać gdzieś tak w piątej minucie dawki rapu, który po raz n-ty sprawia, że to kompozycja o wielu stylistycznych twarzach, co z resztą jest usprawiedliwone mając na uwadze tytuł tej kompozycji – „DID Memoir”. To skrót oznaczający syndrom rozdwojenia jaźni, a jednocześnie to dobry tytuł określający wielostylistyczną zawartość tego utworu.

Po symfonicznym początku przedostatnia kompozycja z tego wspaniałego krążka „The Keepers Of Philosopher's Stone” po prostu wywołuje ciarki na skórze wspaniałymi liniami wokalnymi. Chórki, murmuranda i nieco odstający tonacyjnie wokal główny, który chropowatą barwą brzmi niezwykle tajemniczo. Lecz tym, co sprawia, że jest to kompozycja wyjątkowa jest duże i udane nagromadzenie motywów zaczerpniętych z muzyki klasycznej, a brzmienie skrzypiec i klasyczne metrum tworzy z tej ponad pięciominutowej kompozycji niezwykłą szaradę motywów i konglomerat aranżacji. Madrygałowy charakter połączony z całkiem współczesnymi brzmieniami syntezatorów i gitar wydaje się uwznioślać motyw przewodni tego utworu, bo jakże mogłoby być w przypadku piosenki „kamieniu filozoficznym”, który w tym przypadku naprawdę zamienia poszczególne dźwięki w „złoto”.

W przypadku tego wydawnictwa koniec przychodzi zbyt szybko. Gdyby nie fakt, że zamykająca album kompozycja – „Mundus Meus (This World Of Mine)” - wykorzystuje wszystkie możliwe sposoby, by od pierwszego dźwięku przykuć uwagę słuchacza, to wydawałoby się, że po wspaniałym utworze poprzednim pozostaje jakieś muzyczne niedopowiedzenie. Jakiś brak, którego nie da się wypełnić lub zastąpić. „Mundus Meus…” jest wspaniałym hymnem i doskonałym zwieńczeniem płyty, a zaśpiewana po łacinie część tekstu brzmi profetycznie i patetycznie, nie zakłócając przy tym głębi przekazu. I choć slychać tu wiele łagodnych progmetalowych solówek, to jednak pozostaje on w dalszym ciągu kompozycją na wskroś symfoniczno-progresywną.

Czy jeżeli powiem, że jestem bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczony najnowszym dziełem grupy Khatsaturjan, to będzie to wystarczająca rekomendacja? Jeżeli nie, to dodam tylko, że zespół właściwie występuje w tym samym skladzie co na pierwszej i pozostałych płytach, choć od czasu wydania debiutu (2002 r.) minęły muzyczne lata świetlne. W dalszym ciągu panowie: Atte Kurri (wokal, gitary bas, klawisze), Ilkka Piispala (wokal, perkusja, klawisze, bas) i Ilkka Saarikivi (wokal, klawisze, bas, skrzypce) pokazują, że nie ma znaczenia jak panuje muzyczna moda. Nie bez znczenia jest fakt, że Khatsaturjan to grupa kolegów, która zbiera się wtedy, gdy chce coś nagrać. Nie jest to zespół żyjący z grania koncertów i nagrywania płyt. Na swoim profilu facebookowym zespól pisze tak: „(…) Pracujemy powoli, ponieważ Khatsaturjan nie jest naszym zawodem – to projekt wynikający z pasji i ukochane hobby. Za każdym razem, gdy decydujemy się na pracę nad nowym albumem, wiemy, że czeka nas wieloletni wysiłek bez jakiegokolwiek wynagrodzenia. Mimo to raz po raz podejmujemy się kolejnych projektów”. Może takie podejście pozwala na zachowanie dystansu i znalezienie potrzebnego spokoju do stworzenia nowych utworów? Sami pewnie Państwo wiecie, że gdy nie ma nad głową żadnych terminów, to jakoś łatwiej wszystko się toczy. A skoro pewnie przyjdzie długo poczekać na następny znak muzycznego życia zespołu Khatsaturjan, to trzeba się cieszyć tym bardzo udanym wydawnictwem, które u mnie wskakuje do pierwszej dziesiątki ulubionych płyt tego roku.

MLWZ album na 15-lecie Dwa koncerty legendarnej formacji 'UK Revisited' Eddiego Jobsona w Polsce. Marillion Weekend w Polsce: 3-4 kwietnia 2027r., Kraków, Centrum Kongresowe ICE IQ w przyszłym roku wraca do Polski Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026