Still Living - Ashes

, Maciej Niemczak

Still Living to zespół, który dojrzewał powoli, ale konsekwentnie. Od płyty „From Now On” (2012), przez „Humanity” i „YmmiJ”, aż po „Ashes” — album, który jest nie tylko ich najcięższym, ale też najbardziej świadomym dziełem. To płyta, która nie próbuje nikogo uwieść prostotą. Ona wymaga czasu. Wymaga skupienia. Wymaga wejścia w jej świat. I kiedy już się w nim znajdziesz — nie wypuszcza.

Skład pozostał niezmienny: Renato Costa na wokalu, Eduardo Holanda na gitarach, Leandro Andrade na basie i Cleber Melo na perkusji. Do tego gościnny udział Aldecy Souzy na klawiszach i fortepianie, który dodaje muzyce przestrzeni i melancholii. Brzmienie jest gęste, wielowarstwowe, ale wciąż melodyjne. To nie jest prog dla progu. To prog dla emocji — dla ludzi, którzy chcą poczuć, a nie tylko podziwiać technikę.

Album otwiera „Who Dares” — ciężki, politycznie naładowany numer, który od razu ustawia ton. Riffy są masywne, sekcja rytmiczna pracuje z dużą mocą, a wokal Renato balansuje między melodyjnym śpiewem a dramatyczną ekspresją. To wejście bez kompromisów, jakby zespół mówił: „Nie będziemy udawać, że świat jest prosty”. W tle pobrzmiewa gniew, ale też determinacja — rodzaj wewnętrznego sprzeciwu wobec chaosu, który nas otacza.

„Breaking Free” i „The Fall” schodzą bardziej do wnętrza. To utwory o zmaganiach, o próbie wyrwania się z własnych ograniczeń, o lęku przed upadkiem i o tym, co dzieje się w człowieku, kiedy grunt zaczyna się osuwać spod nóg. Muzycznie — dużo przestrzeni, zmiany tempa, świadome budowanie napięcia. Still Living w najlepszym wydaniu: emocjonalni, ale nie sentymentalni; mocni, ale nie agresywni.

„Harbour of Tears” to pierwszy moment, w którym album naprawdę otwiera serce. To utwór o żalu, o tym, co zostaje niewypowiedziane, o miejscach, do których wracamy tylko w myślach. Melodia jest piękna, ale nie słodka — jak światło przebijające się przez chmury. „Ashes in the Hourglass” kontynuuje ten nastrój. To refleksja nad czasem, nad przemijaniem, nad tym, jak łatwo rozsypuje się to, co wydawało się trwałe. Wokal Renato jest tu szczególnie poruszający — jakby śpiewał nie tylko tekst, ale własne doświadczenia.

„Immaculate Ocean” przynosi oddech. Ocean jako oczyszczenie, jako przestrzeń, w której można się zanurzyć i zostawić za sobą ciężar poprzednich utworów. Gitary Eduardo są tu bardziej pastelowe, bardziej płynne, a sekcja rytmiczna pracuje z lekkością, która kontrastuje z wcześniejszą intensywnością. „Children of the Sun” idzie jeszcze dalej — to utwór o odrodzeniu, o powrocie światła, o nadziei, która pojawia się niepostrzeżenie, ale zmienia wszystko. To jeden z najbardziej wzruszających momentów albumu.

A finałowe „A Frail Wooden Craft” — krótkie, symboliczne outro — jest jak łódź‑miniatura płynąca po wzburzonym morzu. Krucha, ale wciąż na powierzchni. To metafora całego albumu: świat może się palić, może się rozpadać, ale człowiek wciąż próbuje płynąć dalej.

„Ashes” to concept‑album bez fabuły, ale z powracającymi motywami: czasu, wolności, bólu, dezorientacji, nadziei. To płyta, która nie daje prostych odpowiedzi. Ona zadaje pytania. I zostaje w człowieku długo po wybrzmieniu ostatniej nuty. To album, który nie chce być tłem. On chce być przeżyciem.

Still Living nagrali swoje najbardziej dojrzałe, najbardziej emocjonalne, najbardziej świadome dzieło. „Ashes” nie jest płytą, której się „słucha”. To płyta, którą się przeżywa.

MLWZ album na 15-lecie Dwa koncerty legendarnej formacji 'UK Revisited' Eddiego Jobsona w Polsce. Marillion Weekend w Polsce: 3-4 kwietnia 2027r., Kraków, Centrum Kongresowe ICE IQ w przyszłym roku wraca do Polski Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026