Są albumy, które powstają z potrzeby serca, są takie, które powstają z potrzeby rynku, i są wreszcie takie, które powstają z potrzeby sprzeciwu. „A Mythmaker’s Demise” Viviena Lalu należy do tej trzeciej kategorii — jest manifestem, świadectwem, aktem niezgody na świat, w którym sztuka coraz częściej bywa generowana, wygładzana, polerowana do granic bezdusznej perfekcji. Lalu, francuski kompozytor, producent i wirtuoz klawiszy, który od 2005 roku prowadzi swój progresywny projekt niczym samotny latarnik, postanowił na swoim nowym albumie wrócić do tego, co kruche, ludzkie, niedoskonałe. I właśnie dlatego ta płyta oddycha.
W nagraniach udział wzięli muzycy, którzy są nie tylko częścią historii projektu, ale również legendami rocka: Joop Wolters, gitarzysta o brzmieniu tak charakterystycznym, że można je rozpoznać po jednym akordzie; Martin LeMar, wokalista znany z Mekong Delta i Nachtgeschrei, którego powrót po latach jest jak powrót narratora do własnej opowieści; oraz Simon Phillips — demiurg rytmu, człowiek, którego bębny brzmią jak archetypalne grzmoty. Gościnnie pojawia się Jens Johansson, wirtuoz klawiszy ze Stratovarius, którego solówki są jak ogniste języki tańczące na wietrze. Ten skład nie jest przypadkowy — to świadome zebranie wszystkich żywiołów, które przez dwie dekady kształtowały brzmienie Lalu.
Album otwiera „Tears Of The Muse”, kompozycja monumentalna, dramatyczna, jak deszcz zmywający z nas kurz współczesności. To utwór, który nie tyle wprowadza w świat albumu, co raczej otwiera bramę do innego wymiaru - takiego, w którym muzyka nie jest produktem, lecz rytuałem. W „EKO” sekcja rytmiczna pracuje jak precyzyjny mechanizm zegara, ale bez cyfrowej sterylności; jest w niej puls, jest w niej pot, jest w niej człowiek. „I Am The One” to z kolei przestrzeń - szeroka, oddechowa, pozwalająca LeMarowi pokazać pełnię swojej wokalnej dojrzałości. Jego głos brzmi tu jak opowieść o kimś, kto wrócił z dalekiej podróży i niesie ze sobą mądrość, której nie da się nauczyć z książek.
„Mayacama”, pierwszy z dwóch instrumentalnych przerywników, jest jak oaza w środku albumu - syntezatory wirują niczym liście na wietrze, a gościnne solówki Jensa Johanssona dodają temu utworowi ognistego tchnienia. „Prince With The Swift Warning” to suita o zmiennej dynamice, pełna zakrętów, półcieni, nagłych rozbłysków - jakby muzycy malowali pejzaż emocjonalny, który zmienia się wraz z każdym krokiem. „Learning To Fly” unosi się lekko, jakby naprawdę próbował wznieść słuchacza ponad ziemię, a misternie splecione partie gitarowe Joopa Woltersa są tu jak skrzydła utkane z światła.
„A Drop Of Water” jest chwilą oddechu - jasną, eteryczną, niemal medytacyjną. To kropla, która spada na powierzchnię albumu i tworzy krąg, w którym odbija się cała dotychczasowa podróż. Po niej nadchodzi „Fhloston Paradise”, kompozycja napędzana potężnymi riffami, dowód na to, że choć album skręca w stronę klasycznego prog rocka, to jego serce wciąż bije gitarowo. „Cordal Weaves” jest filmowy, monumentalny, ciężki emocjonalnie - jak głaz, który ktoś położył na piersi słuchacza, ale nie po to, by go przygnieść, lecz by przypomnieć, że prawdziwe piękno często rodzi się z ciężaru. A gdy kurtyna nocy zaczyna opadać, pojawia się „Midnight Ink” - ballada wyciszająca, elegancka, oparta na fortepianie i subtelnych syntezatorach. To nocny atrament, którym Lalu zapisuje ostatnie zdanie swojej opowieści.
„A Mythmaker’s Demise” jest albumem o zmierzchu, ale nie o końcu. To opowieść o mitotwórcy, który odchodzi, by zrobić miejsce nowemu światłu. To triumf ludzkiego błędu nad mechaniczną perfekcją, manifest przeciwko sztucznej inteligencji w sztuce, ale przede wszystkim - to dzieło, które zostawia po sobie ślad. Głęboki, prawdziwy, nieusuwalny.
Jeśli kochacie muzykę, która nie boi się emocji, która nie boi się niedoskonałości, która nie boi się prawdy - sięgnijcie po „A Mythmaker’s Demise”. To album, którego nie tylko się słucha. To album, który się przeżywa.
