Wydany dwa lata temu debiutancki album FatherSon, o tym samym tytule, wzbudził spore uznanie powiększając świat dźwięków tworzonych przez Ryszarda Kramarskiego o kolejny projekt, który tym razem stworzył z synem, Michałem. Na szczęście stwierdzili, że współpraca wychodzi im świetnie i postanowili kontynuować tę muzyczna podróż. Efektem jej jest płyta „Pharmakon”, która ukazała się 14 września. Oczywiście nakładem Lynx Music.
Zanim przejdę do zawartości muzycznej poświęcę kilka słów oprawie graficznej. Ponownie odpowiada za nią Ryszard, który stworzył, przy użyciu sztucznej inteligencji, niezwykle intrygujące obrazy. Na froncie widzimy dwa roboty znane z okładki debiutu – większego i mniejszego („ojca i syna”) wpatrzone w postapokaliptyczny krajobraz, natomiast na odwrocie ten sam widok „podziwia” pies (o nim w dalszej części). Warto dodać, że zmianie uległo logo. Nie ma wyróżnionych liter F i S, za to w literze A można dostrzec trzymające się za ręce postaci ojca i syna. Wielkie brawa za pomysł - trudno o lepszy znak graficzny dla tak nazwanej grupy!
Oprócz podstawowego duetu panów Kramarskich – Michała (śpiew) i Ryszarda (instrumenty klawiszowe, gitary) w nagraniach wzięli udział „starzy znajomi” z innych formacji Ryszarda (Millenium, tRKproject, Framauro) – Krzysztof Wyrwa (bas), Marcin Kruczek (gitary) i Grzegorz Bauer (bębny), co oznacza, że w odróżnieniu od debiutu, tym razem możemy usłyszeć „żywą” perkusję. Ponownie niezwykle interesujące teksty to dzieło Zdzisława „The Bat” Zabierzewskiego, a całość zmiksował Kamil Konieczniak.
Szybkie spojrzenie na tracklistę i już możemy zauważyć pewną różnicę – aż 5 z 9 utworów trwa ponad 6 minut, podczas gdy na debiucie najdłuższe nagrania trwały nieco ponad 5 minut. A gdyby nie podjęta w ostatniej chwili decyzja o zmianie suity na dwa odrębne utwory, to różnica byłaby jeszcze większa. A dłuższe kompozycje to już domena prog rocka, z którym szef Lynx Music jest kojarzony od lat.
O tym, że jest (nieco) inaczej świadczy już pierwsze nagranie – tytułowy „Pharmakon”, poprzedzony półtoraminutowym intro z klawiszowym tłem, partią gitary akustycznej i gitarowym solem w stylu Andrew Latimera. Zasadniczy utwór jest niejako pomostem pomiędzy brzmieniem debiutu a kierunkiem, w którym zamierza poruszać się formacja w przyszłości. Mamy tu z jednej strony syntezatorowy bas, prowadzoną najpierw samotnie przez klawisze, a potem w duecie z gitarą melodię, ale z drugiej - utwór trwa ponad 7 minut, podczas których Ryszard i Marcin raczą nas partiami solowymi, w podkładzie słychać Hammondy i nie brakuje zmian tempa, jak choćby we fragmencie, w którym na pierwszy plan wysuwa się fortepian (trochę kojarzący się z millenijnym „Demonem”). A całość uzupełnia mocny refren, w którym Michał raczy nas iście rockowym wokalem z delikatną chrypką.
Farmakon to jednocześnie lek, jak i trucizna, a w tekście autor pyta dokąd zmierza ludzkość w pogoni za technologicznymi nowinkami: czy po lepsze jutro, czy po własną zgubę?
„Pharmakon is a tricky liar/ Offers you what you just desire/ It’s a cure now, but it’s a poison then
Pharmakon when you feel so tired/ Draws you sweetly into the mire/ It’s a poison, but it can also help
Technologies and tools/ Do we play by the rules?/ Ask their users/ And producers, ask them too!/ Many great industries/ Taint the rivers and seas
We are losers/ In the end nobody wins
We live in comfort and have fun/ “Progress in every home”/ Is that my smartphone why I am alone…?”.
„Dreams Are A Waste Of Time” to nieco łagodniejsza piosenka z fajną przestrzenną gitarą (kłania się Mike Rutherford z przełomu lat 70/80) i z klawiszowym popisem, który jest ewidentnym ukłonem w kierunku Tony’ego Banksa, no i obowiązkowym solem Marcina. Warstwa liryczna opowiada o marzeniach, które mogą być złudne, ale bez których człowiek by się nie rozwijał:
“Dreams are a waste of time/ When not made real/ They pop to tease your mind/ Change what you feel/ Dreams are a waste of time/ If not come true/ They wake your inner child/Play tricks on you
…
To dream is good/ To daydream alive/ Your soul needs food/ To fly and soar up high/ Soar up so high so high so high/ Dreams are a waste of time”.
Czwartą ścieżkę wypełnia kompozycja „We Didn’t part I”. Jak wspomniałem wyżej, pierwotnie na albumie miała pojawić się suita, ale w ostatniej chwili Ryszard postanowił nieco ją przebudować i podzielić na dwa niezależne utwory. Pierwotny pomysł znajdzie się na maksi-singlu „We Didn’t”, ale o nim przy innej okazji.
Nagranie rozpoczynają odgłosy bijących dzwonów oraz dźwięki pianina i gitary akustycznej. Przez pierwsze półtorej minuty jest spokojnie, nostalgicznie. Michał śpiewa pełne smutku wersy o niewykorzystanych możliwościach i niepodejmowaniu wyzwań:
“We didn't do some things to do/ We didn’t finish what was due/ We didn't reckon with the past/ Did we care much?
We didn't give the best of us/ We didn't meet up many times/ We didn't use our biggest chance/ What did we botch?”.
W dalszej części dołącza sekcja rytmiczna, a tuż przed mostkiem, w którym wykorzystano wokoder, pojawia się syntezatorowe solo. W tym fragmencie słyszymy słowa wyrażające żal po odpuszczeniu starań, by zawalczyć o miłość:
“We didn't try to join our lonesome hearts/ We couldn’t find a way to solve it/ We were not well prepared to lead one life/ Together’s better than just lonely lonely lonely/ Don’t you know?”
Te ostatnie słowa są niemal wykrzyczane, a tuż po nich pojawia się drapieżna partia gitary. W samej końcówce następuje wyciszenie z dzwonami, krokami i podsumowującym całość zdaniem:
„We didn't talk about our love”.
I tak dochodzimy do pieśni, której bohaterem jest pies z tylnej strony okładki. Mowa tu o „Hachiko”. Zapewne wiele osób czytających ten tekst zna tę prawdziwą historię, ale dla pozostałych przybliżę ją pokrótce. Hachikō (hachi po japońsku oznacza cyfrę 8 – przyp. TD) był psem rasy akita, który należał do profesora Hidesaburō Ueno. Codziennie odprowadzał on swojego pana na stację Shibuya a potem przychodził po niego, gdy ten wracał z pracy. Gdy w 1925 roku profesor zmarł nagle w pracy pies przyszedł jak co dzień na stację, ale nie spotkał swojego właściciela. Przez kolejne 10 lat codziennie, w porze przyjazdu pociągu, przychodził na stację w nadziei, że ujrzy profesora. Czynił tak aż do swojej śmierci w 1935 roku w pobliżu stacji. Pies stał się symbolem wierności i jeszcze za swojego życia doczekał się pomnika z brązu, który oczywiście stanął na stacji Shibuya.
“He always reached the station in time to see/ His master leave the city train/ And soon they walked together down the street/ To get back home, to rest and play/ They loved each other's presence night and day/ And Hachiko meant Number 8/ His master thought it was a lucky name/ Until there came one twist of fate/ So dread!
Eight was a faithful friend/ And everyone was smiling/ When they saw him running for the train/ Ten years of waiting for his master never coming/ How was Eight to know his Dad had died?”.
Utwór rozpoczynają pociągłe nuty grane na gitarze wybrzmiewające na klawiszowym tle. Potem pojawiają się mocniejsze akordy., a wraz z nimi śpiew Michała staje się silniejszy (warto zwrócić także uwagę na dodatkowe ścieżki wokalne towarzyszące głównemu wokalowi). W połowie pojawia się sekcja rytmiczna, a Marcin raczy nas dwiema solówkami, z czego ta druga jest bardziej zadziorna, w stylu Davida Gilmoura.
Na debiucie FatherSon czuć było nostalgię za latami 80. Na „Pharmakon” została ona wyrażona dosłownie za sprawą piosenki „The Magical 80’s”:
“If I could jump back in time/ I’d relive my past/ All those days that were divine/ They kept me surprised/ Brilliant songs and fashion clothes/ Star Wars on the screens/ MTV in every home/ Just for you and me
I have a singing heart/ Dance with me again/ Come on girl you got me charmed/ 80’s feel okay!
The magical 80’s/ We’re under their spell/ Everything’s amazing/ The mirror ball must whirl/ The magical 80’s/ Your CD is on/ And we’re talking crazy/ On our push-button phones
Memories of school life flashing on/ Are we now in heaven? Not too long!/ It’s our very special moment of the prom/ (well, I remember)”.
To ostatnie zdanie zaśpiewane przy użyciu wokodera wybrzmiewa tuż po niezwykle charakterystycznym przejściu na perkusji – to połączenie to oczywiste nawiązanie do „In The Air Tonight” Phila Collinsa. Inne „smaczki” - w tle pobrzmiewa klawiszowy motyw rodem z nagrań Duran Duran, a solo gitarowe „pachnie” dokonaniami Mike’a Oldfielda. Osobno muszę napisać o wokalu Michała. Tu pokazuje on prawdziwie rockowy pazur z delikatnymi chórkami śpiewanymi… falsetem. Ciekawie robi się także w okolicach pierwszej minuty, gdzie w zaśpiewie płynnie przechodzi on z niskich w wysokie rejestry.
Tak docieramy do drugiej części kompozycji „We Didn’t”, która rozpoczyna się tak jak kończyła się pierwsza – odgłosami kroków. Potem słyszymy podkład zbudowany z dźwięków organów i gitary akustycznej połączonych ze spokojną pracą sekcji rytmicznej. W połowie Ryszard raczy nas nastrojowym solem na organach, po którym do głosu dochodzi Marcin i jego gitara. Solo na niej w końcówce, połączone z organowym podkładem, jednoznacznie kieruje skojarzenia w stronę duetu Wright – Gilmour. Prawdziwie progrockowa uczta zaklęta w pięć i pół minuty dźwięków, do których idealnie wpasował się Michał ze swoim głosem budując niesamowity, podniosły klimat, przy okazji kontynuując wątki z pierwszej części:
“On troubled waters, it was tough/ But there’s one thing we always hid/ We didn't talked about our love/ We never did
We complicated things too much by chance.../ ...when the compass went madly wrong and off”.
“Where Do We Go?” rozpoczyna solowa partia gitary otulona klawiszowym podkładem. Ciekawie brzmią fortepianowe akordy nasuwające skojarzenia z „Life’s What You Make It” Talk Talk, zaś wisienką na torcie jest wspaniałe, długie jazzujące solo na tym instrumencie. Przyznam szczerze, że tą partią Ryszard nieźle mnie zaskoczył. W tekście ponownie pojawia się pytanie dokąd zmierza ludzkość, tym razem w kwestii dbania o naszą planetę:
“Tons of plastic particles/ Can fly and flow/ Where do we go?/ Dense radioactive dust can fall/ Kill every soul/ Where do we go?/ Are we all blind as mankind?
So we’ve made this world our dumping site/ In the name of growth or the wars we fight/ And we fell rainforests for our needs/ Concrete deserts spread, no more grass or trees/ Oh, it’s the days of doom/ The days of doom and gloom”.
I tak dochodzimy do finału w postaci pieśni „The World Without Hate” o marzeniach o świecie, w którym nie ma miejsca na jakąkolwiek nienawiść, niezależnie jakimi demonami wywołaną:
“Man’s crazy thing / To wake his demons up/ Make anger sing/ Loud in his blood/ Pure hatred follows/ With dancing flames of rage/ And you know what calls/ For sweet revenge
Aggression/ You wanna beat and kill/ Possession/ Your devil’s real/ But your victims are/ So innocent and calm/ Can you feel their fear?/ How does it feel?
The world without hate/ Could be full of love/ We’d help those in pain/ This is all I’m dreaming of/ People can be friends/ Smile and shake their hands/ We could make it happen/ The world without hate”.
Słowom towarzyszy adekwatny podkład instrumentalny utrzymany w powolnym, rzekłbym dostojnym tempie, z klawiszowymi tłami i jeszcze jednym niezwykłej urody popisem Marcina. Całość kończy jednominutowa koda, w której na tle zbudowanym z nut granych na gitarze akustycznej i perkusji można usłyszeć chóralną wokalizę, w której Michałowi towarzyszy Ryszard.
50 minut obcowania z albumem „Pharmakon” mija niepostrzeżenie. Muzycy zabierają słuchaczy w cudowny świat niebanalnych kompozycji, ze świetnymi melodiami, którym towarzyszą teksty dotykające ważnych tematów. Żyjemy w dziwnych czasach, w których czasami trudno odróżnić rzeczy dobre, od tych, które mogą zrobić krzywdę. Lekarstwo może być trucizną, sztuczna inteligencja może być szansą na rozwój i rozwiązanie problemów, które dręczą ludzkość, a jednocześnie może doprowadzić do jej zagłady.
Tuż przed rozpoczęciem nagrań na opisywany album, Ryszard podjął decyzję, że projekt Framauro nie będzie kontynuowany. Postanowił skupić się na pozostałych formacjach – Millenium, tRKproject i oczywiście FatherSon. Na „Pharmakon” słychać, że ojciec i syn znaleźli jeszcze mocniejszą nić porozumienia co do tego jak mają wyglądać poszczególne utwory (obaj są producentami albumu) niż na debiucie. Pewnie wynika to także z faktu, że Michał chciał sprawdzić się w bardziej progresywnym repertuarze, a jak wiadomo w tym rodzaju muzyki Ryszard czuje się najlepiej. Stąd wynik współpracy jest jeszcze lepszy niż na „FatherSon”. I z tym większym zainteresowaniem będę czekał na kolejne wydawnictwa firmowane tą nazwą. A póki co wracam do krążka „Pharmakon”, który w moim prywatnym rankingu ulubionych płyt 2026 roku na pewno zajmie wysokie miejsce, bo to naprawdę bardzo udane wydawnictwo, które Państwu szczerze polecam!
