Tirith, The - Quetzalcoatl

, Maciej Niemczak

„Quetzalcoatl” to album, który The Tirith wydają po ponad pięćdziesięciu latach wspólnej, niezwykłej podróży. Słychać w nim wszystko, co ukształtowało tę formację: młodzieńczą fascynację latami siedemdziesiątymi, brytyjski folkrock, kosmiczne syntezatory, mitologię dawnych cywilizacji i tę charakterystyczną dla nich dojrzałość, która nie potrzebuje już żadnych ozdobników. Korzenie zespołu sięgają czasów, gdy Tim Cox i Dick Cory, jako szkolni przyjaciele, tworzyli Minas Tirith, a potem – po trzech dekadach przerwy – powrócili jako The Tirith, by znów malować dźwiękiem światy, które wymykają się prostym definicjom. Ich dyskografia, od „Tales from the Tower”, przez „A Leap Into The Dark” i „Return of the Lydia”, aż po koncertowe „Earth Songs”, prowadzi jak ścieżka przez las pełen wspomnień, by wreszcie doprowadzić do „Quetzalcoatl” - albumu, który brzmi jak kulminacja całej ich historii.

W tej opowieści czterech muzyków stoi ramię w ramię, każdy z nich wnosi do niej własny żywioł. Tim Cox, gitarzysta, kompozytor i producent, jest tu architektem brzmienia — jego riffy potrafią być twarde jak obsydian, a solówki unoszą się jak ptaki nad mezoamerykańską dżunglą. Dick Cory, wokalista i basista, trzyma całość blisko ziemi: jego głos jest szczery, pozbawiony pozy, a linie basu pulsują jak serce tej historii. Anthony „Ant” Hill, mistrz syntezatorów, maluje kosmiczne pejzaże, które raz przypominają mgławice, a raz starożytne freski. Paul Williams, perkusista, spina wszystko rytmem, który jest jednocześnie precyzyjny i organiczny — jakby grał nie tylko na bębnach, ale na pulsie całej opowieści.

Już od pierwszych sekund czuć, że The Tirith stoją w szlachetnym sąsiedztwie takich twórców, jak Jethro Tull czy Gryphon, bo potrafią wplatać angielski folk w rockowe struktury z naturalnością, która nie wymaga żadnych wyjaśnień. W chwilach bardziej motorycznych i technicznych pobrzmiewa duch Rush z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a gdy syntezatory unoszą się jak mgławice, pojawia się echo Hawkwind i Eloy – nie jako cytat, lecz jako oddech tej samej kosmicznej wrażliwości. The Tirith nie naśladują nikogo; oni po prostu należą do tej samej rodziny muzycznych opowiadaczy, którzy potrafią łączyć ziemię z niebem.

Album otwiera krótkie, kinowe wprowadzenie, w którym syntezatory Anta Hilla budują poczucie nadchodzącej podróży. A potem wszystko wybucha w utworze tytułowym: „Quetzalcoatl” uderza z siłą twardego, ziemskiego hard rocka. Drapieżne riffy Tima Coxa walczą o przestrzeń z majestatycznymi falami klawiszy, a wokal Dicka Cory’ego działa jak kotwica, trzymając tę mistyczną opowieść blisko człowieka. Sekcja rytmiczna Williams–Cory oddycha jednym rytmem, tworząc fundament, który jest jednocześnie stabilny i pełen życia. Gdy muzyka skręca w stronę „The Slide”, pojawia się chwytliwy, klasyczny rock, który przypomina, że The Tirith potrafią być bezpośredni i melodyjni. „Moon King” przynosi symfoniczną, pełną emocji balladę, w której delikatny fortepian i nastrojowy wokal tworzą pejzaż jak z mglistych, angielskich wzgórz. „Back to Space” unosi słuchacza w kosmiczny chłód – to melancholijny epos o samotności współczesnego człowieka, który patrzy w gwiazdy nie po to, by uciec, lecz by odnaleźć w nich własne odbicie. „Rabbit Ings” jest mroczniejszy, bardziej niepokojący, ale wolny od patosu, jakby zespół chciał powiedzieć, że ciemność też może być prawdziwa, jeśli nie próbuje być większa niż jest. „Dancing With Vampires” wprowadza gęstą atmosferę i dynamiczne zmiany rytmiczne, jak taniec na granicy jawy i snu, a „Spirit of the Volcano” pokazuje instrumentalną potęgę grupy – napięcie rośnie tu jak wzbierająca lawa, która nie wybucha gwałtownie, lecz majestatycznie. „Masters of Highways” jest motoryczny, energetyczny, idealny do nocnej jazdy, gdy światła mijają nas jak komety. „Save The Oak” przynosi folkową, zieloną sielankę i ekologiczne przesłanie, które brzmi szczerze, bo The Tirith nigdy nie byli zespołem od pustych deklaracji. „No Mind (Mushin)” zanurza słuchacza w filozofii Zen – wielowarstwowe syntezatory tworzą przestrzeń, w której czas zwalnia, a myśli rozpływają się jak mgła nad wodą. Album zamyka „The Riddles”, utwór, który spina klamrą folkowe tradycje i progresywne struktury, jakby zespół chciał powiedzieć, że wszystkie ich drogi – te ziemskie, kosmiczne i mitologiczne – prowadzą do jednego miejsca: do muzyki, która trwa poza czasem.

„Quetzalcoatl” jest albumem o ogromnym emocjonalnym rozroście. The Tirith z niezwykłym spokojem nawigują między skrajnymi nastrojami – od ciężkich, dusznych rewirów „Dancing With Vampires”, przez zieloną, folkową sielankę „Save The Oak”, aż po gwiezdny chłód „Back to Space”. To dzieło stworzone przez artystów, którzy nie muszą już niczego udowadniać. Oni po prostu malują dźwiękiem mity, które żyją własnym życiem. I właśnie dlatego warto po tę płytę sięgnąć. „Quetzalcoatl” nie jest albumem, który się tylko słucha – to album, który się przeżywa. Jeśli pozwolisz mu wejść w swój świat, zabierze Cię w podróż, której nie da się opowiedzieć słowami. Trzeba ją poczuć. A kiedy wrócisz, będziesz wiedział, że to była jedna z tych muzycznych wypraw, które zostają w człowieku na długo.

MLWZ album na 15-lecie Dwa koncerty legendarnej formacji 'UK Revisited' Eddiego Jobsona w Polsce. Marillion Weekend w Polsce: 3-4 kwietnia 2027r., Kraków, Centrum Kongresowe ICE IQ w przyszłym roku wraca do Polski Zespół Rush wystąpi w Krakowie Airbag w Polsce na trzech koncertach w listopadzie 2026