„(…) Życie można zrozumieć, patrząc nań tylko wstecz. Żyć jednak trzeba naprzód” – Soren Kierkegaard, Journalen JJ:167 (1843).
Wydaje mi się, że po powyższym cytacie mogę zacząć tę recenzję w taki sposób: muzykę tego artysty odkryłem w 2008 roku przy okazji (jak się okazało) czwartej płyty, którą wydał w tak doborowym składzie, że pomyślałem sobie, że mam do czynienia z supergrupą. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska jak: Guy Manning, Jakko M Jakszyk, Theo Travis, Jonas Reingold czy Jaime Salazar. A potem konieczny był powrót do pierwszych trzech wydawnictw. I jeżeli na czwartym krążku mieliśmy wielkich muzyków, to trzy poprzednie wprost kipiały od słynnych nazwisk: Roine Stolt, Zoltan Csörsz, David Jackson oraz wspomniani wyżej Manning, Travis, Reingold, Salazar. Od tego czasu (od roku 2008) artysta dodał do swojej zespołowej dyskografii jeszcze dziewięć albumów studyjnych i trzy albumy live.
Ten artysta, ten muzyk to oczywiście nie kto inny, a jeden z największych (moim zdaniem) nietuzinkowych ekscentryków rocka progresywnego – Andy Tillison. A zespół, o którym piszę wyżej, to oczywiście The Tangent. Zespół, który często określa się jako grupę sięgającą po muzykę inspirowaną wyobraźnią i kinematografią lat 70., rozpropagowaną przez takie wielkie zespoły progresywne jak Yes, Van Der Graaf Generator, Return To Forever i ELP. Jednocześnie The Tangent określa się jako zespół, który dąży do bycia nowoczesnym, istotną formacją, której muzyczne wpływy sięgają najlepszych czasów progresji.
Ale w tym tekście wcale nie będzie o The Tangent, choć właśnie zespół odbywa tournée po Europie. Ten opis będzie dotyczył początków muzycznej drogi Andy’ego Tillisona – zespołu Parallel Or 90 Degress, który istniał i tworzył w latach 1996 - 2010. Pod koniec lat 90. grupa ta wydała pięć albumów studyjnych, z których pierwsze trzy były właściwie samodzielnie skomponowane i wyprodukowane przez Andy'ego (co nie znaczy, że nie uczestniczyli w ich powstaniu inni muzycy – np. Sam Baine, Guy Manning, Graham Young, czy Jonathan Barrett). Po ponownym ich przesłuchaniu autor postanowił, że chciałby „doszlifować” niektóre ze swoich ulubionych utworów i tak narodził się album „aftersometimelater” (pisownia oryginalna – przyp. RP), który właśnie ujrzał światło dzienne.
Może dla potrzeb katalogowo-porządkowych warto przedstawić pełny tytuł tego wydawnictwa: „Parallel Or 90 Degrees - aftersometimelater (An Anthology Of Re-recordings by Andy Tillison 2024-25)”. Dlaczego tak? W ten sposób wyjaśnia się sprawa autorstwa płyty. Całość starej-nowej płyty (a właściwie kompilacji nagrań pochodzących z trzech pierwszych albumów Parallel Or 90 Degrees) jest owocem samodzielnej pracy Tillisona. Dotyczy to wszystkiego: ponownego nagrania, miksów, masteringu, authoringu, gry na wszystkich instrumentach z jednym wyjątkiem. Ten wyjątek to utwór „Blues For Lear” z gościnnym udziałem znakomitego basisty (który teraz towarzyszy Tillisonowi w trasie zespołu The Tangent) - Johna Jowitta (Jadis, IQ, Arena, Driffting Sun, Rain, Frost*, Caamora). Zresztą o udziale Johna sam Andy mówi tak: „(…) Zaproponowano mi piękną partię basową Johna Jowitta i nie mogłem się oprzeć”.
Trzy pierwsze płyty, z których pochodzą utwory zebrane na najnowszym krążku to: „The Corner Of My Room” (1996), „Afterlifecycle” (1997) i „The Time Capsule” (1998). Czy po ponad trzydziestu latach łatwo było powrócić do starych nagrań? Pewnie dla niektórych taki powrót to swoiste „sprzeniewierzenie się” historii, to zamach na stare czasy. Stosunek autora do tej kwestii najlepiej wyraża opis zawarty na wydanym albumie: „(…) Oryginalne 3 albumy Po90 zostały nagrane wyłącznie na domowych komputerach, w czasach, gdy komputery nie były w tym tak dobre, jak obecnie. Z biegiem czasu ich brzmienie okazało się nieco nierówne i zawsze chciałem do nich wrócić i stworzyć lepsze wersje, którymi mógłbym się bardziej cieszyć, a także wersje, które wielu z was może uznać za… gorsze od oryginałów. Niektóre z nich są mniej lub bardziej wierne oryginałom, a niektóre to wersje odświeżone. Jedną z rzeczy, która na zawsze się zmieniła, jest konieczność nagrania pierwszej połowy utworu na taśmę, aby mieć wystarczająco dużo miejsca na dysku twardym na drugą połowę. (…) Nagranie tego (materiału – przy. RP) zajęło więcej czasu niż jakiegokolwiek nagrania The Tangent - ponieważ, jak odkryłem, nauka grania własnych kompozycji 30 lat później była o wiele trudniejsza, niż się spodziewałem”.
Po tym wstępie zaplanowałem, że opiszę w skrócie poszczególne kompozycje, które zdaniem Andy Tillisona zasłużyły na odświeżenie, ale zrezygnowałem z takiej opcji niemal natychmiast po włączeniu odtwarzacza. Dlaczego…? Zbyt dużo tu wspomnień, które na tym albumie zostały w sposób mistrzowski przedzierżgnięte w niby te same, ale jakże bogatsze kompozycje. Ten album jest cieplejszy, łagodniejszy i pokazuje to, co warto w nim dostrzec: jak daleką drogę odbył Tillison od 1996 do 2003 roku, kiedy to ukazał się pierwszy krążek sygnowany nazwą The Tangent („The Music That Died Alone”). Ponad połowa z sześciu kompozycji wybranych przez Andy’ego została wydłużona, dwie mają co prawda ten sam czas trwania, ale sposób ich zaaranżowania kreuje nową jakość. Nie oznacza to wcale, że pozostałe zostały po prostu „odegrane” – one otrzymały nową muzyczną definicję, zostały przeobrażone w dojrzałe, pełne zadumanych dźwięków kompozycje, które wydobywają z utworów nagranych w domowych warunkach w latach dziewięćdziesiątych nowe jakości. Moim zdaniem ta kompilacja to majstersztyk. To pokazanie jak dojrzały muzyk, lider formacji The Tangent, Andy Tillison, gra piosenki początkującego muzyka Andy’ego Tillisona.
Rozpoczynający tę kompilację utwór „The Afterlifecycle Sequence” (z płyty „Afterlifecycle”) trwa prawie dwadzieścia trzy minuty i jest nieco dłuższy od oryginału. Jeden z najpiękniejszych utworów z tego krążka o nieco mylącym tytule – „Blues For Lear”, pierwotnie wydany na „The Time Capsule” trwa niemal dwa razy krócej i wcale nie jest utworem bluesowym. Proszę sprawdzić zwłaszcza część końcową. „Unforgiving Skies” i „The Sea” – także pochodzące z tej samej płyty - z nieco zachrypniętym wokalem brzmią tak pięknie jak to jest tylko możliwe. I ponownie utwór „The Sea” został wydłużony do ponad dziesięciu minut. Wreszcie kompozycja „Bedtime Routines” z pierwszego albumu „The Corner Of My Room” ze swoim fortepianowym początkiem zachwyca lekkością i unoszącą aurą, by mniej więcej w połowie pokazać improwizacyjny pazur tak typowy dla „późnego” Tillisona. Kończący to wydawnictwo utwór „Run In Rings” rozpoczynający pierwotnie trzecią część suity „The Afterlifecycle Sequence” z drugiej płyty zespołu, „Afterlifecycle”, został wyodrębniony we wspaniały sposób w samodzielną całość. Proszę tylko zasłuchać się w klawiszowe solówki, zwłaszcza te, które rozpoczynają się w połowie tej kompozycji.
Udała się Tillisonowi ta kompilacja. Nieco w sportowym żargonie powiem, że „dał radę” przeobrazić utwory z początku swej muzycznej drogi w takie, które brzmią bardzo dojrzale i współcześnie zarazem. Nie będę dyskutował z doborem kompozycji, pewnie każdy kto chociaż w małym stopniu pamięta płyty zespołu Parallel Or 90 Degrees miałby inne zdanie. Każdy wybrałby co innego, ale wybór z tego krążka powinien usatysfakcjonować wielu. To także dobra okazja, aby ci, którzy tylko słyszeli o formacji Parallel Or 90Degrees mogli ją poznać i, być może, sięgnąć do starych albumów. Zachęcam.
Na koniec przydałoby się wyjaśnić pochodzenie tej dość niezwykłej jak dla zespołu rockowego nazwy. Czyni to sam Andy opisując utwór „The Sea” – „(…) „The Sea (Parallel Or 90 Degrees)” jest oparty na utworze z albumu Bo Hanssona „Magician’s Hat”. Ten utwór nosi tytuł „The Sun (Parallel Or 90 Degrees)”. To właśnie od niego wzięła się nazwa zespołu”.
Do tzw. domowego użytku przygotowałem sobie „wydłużoną” wersję tego krążka. „Moja” ma 12 utworów – 6 „starych” i 6 „nowych”. Tych samych, ale z dwóch różnych muzycznych epok. Dwa muzyczne światy oddzielone od siebie o przeszło trzydzieści lat. Radzę też tak spróbować.
A tak zupełnie na koniec parafraza cytatu początkowego: „(…) Muzykę można zrozumieć, patrząc wstecz. Tworzyć muzykę jednak trzeba naprzód”.
