Nie mogę powiedzieć, że jestem wielkim fanem zespołu, którego narodzin należy upatrywać w zachwycie nad… obrazem będącym efektem prośby Carla Sagana, by przed ostatecznym opuszczeniem Układu Słonecznego przez sondę Voyager 2 odwrócono jej kamery. Efektem było zdjęcie „Pale Blue Dot” (Błękitna Kropka) – fotografia Ziemi wykonana z odległości 3,7 miliarda mil. Ledwie widoczny punkt zawieszony w promieniu światła. To właśnie ten obraz – oraz wszystko, co napisał o nim Sagan – stały się punktem wyjścia do założenia zespołu Lonely Robot, który od roku 2015 niemal co dwa lata dostarczał słuchaczom kolejne albumy. Mogę za to powiedzieć, że z wielką uwagą przypatrywałem się zawsze różnorakim wcieleniom założyciela tego projektu - Johna Mitchella: gitarzysty, autora piosenek, producenta oraz członka takich zespołów, jak It Bites, Frost*, Arena, Kino czy ostatnio Asia. W każdej ze swoich „muzycznych odsłon” słychać bowiem, że muzyk daje z siebie wszystko. Nie tylko gra, ale jest w wielu wypadkach duszą zespołu. Ciekawa jest także jego dość duża uniwersalność, która pozwala mu na bycie zarówno liderem muzycznych projektów i jednocześnie jednym z ich elementów składowych.
I kiedy został udostępniony teledysk do utworu „This World Window” – pierwszej kompozycji z nadchodzącego albumu grupy Lonely Robot zawierającej smutny refren: „Jestem samotnym robotem i przybyłem, by się pożegnać...” („I'm a lonely robot, and I've come to say goodbye...”) - zrobiło mi się smutno, że znika z muzycznego firmamentu pewna dobrze sprawdzona formuła wykonawcza mająca w swoim dorobku pięć solidnie zagranych i wyprodukowanych albumów. Ten smutek pogłębiły jeszcze inne wypowiedzi muzyka: “(...) Tworząc ten album, chciałem zamknąć pewien rozdział w uniwersum ‘Lonely Robot’ i powrócić do elementów, które inspirowały mnie na samym początku procesu twórczego. (…) Mam nadzieję, że fani Lonely Robot uznają to dzieło za godne zwieńczenie najbardziej kreatywnej dekady mojego życia”. Tak więc album pt. „An Ending” kończy historię zespołu Lonely Robot i jest bardzo udanym jej zwieńczeniem. o czym warto się samemu przekonać. Tak jak poprzednie wydawnictwa firmowane tą nazwą, „An Ending” jest właściwie solowym dziełem autora z gościnnym udziałem Craiga Blundella na perkusji i Jeza Fieldera na gitarach. Wspomnę tylko, że Craig Blundell udzielał się na wszystkich płytach tego projektu.
Na przestrzeni wielu lat wszystkie albumy sygnowane nazwą Lonely Robot miały swoje założenia muzyczne, swoje drogi, podążając którymi chciały uchwycić i opisać w bardzo melodyjny i progresywny sposób losy astronauty uwięzionego w kosmosie, który nie może wrócić do domu. Spoglądając na ową bladą błękitną kropkę gdzieś tam w oddali, bohater zadaje pytania, z którymi przez całe życie mierzył się Sagan: Kim jesteśmy? Dlaczego zachowujemy się tak, a nie inaczej? Co to znaczy być człowiekiem?
Pierwsze trzy albumy Lonely Robot skupiały się na obserwacji naszego gatunku. Czwarty i piąty skierowały spojrzenie do wnętrza – astronauta zaczął dostrzegać w sobie te same słabości, które wcześniej obserwował u ludzkości. Wielkie pytania filozoficzne nabrały znacznie bardziej osobistego wymiaru. Okazało się bowiem, że szersza perspektywa, ogarnięcie pojmującym spojrzeniem całej ludzkości i jednostkowe życie to w gruncie rzeczy to samo.
Album „An Ending” to podsumowanie tych poszukiwań. To skomasowana, rozpisana na dwanaście utworów, próba podsumowania przemyśleń ze wszystkich poprzedników. To także zbiór muzycznych idei, jakie pojawiały się po drodze. Mamy tu bowiem „wszystko”: wzniosłe (niemal patetyczne) hymny, utwory brzmiące w duchu zespołu Asia, piękne kompozycje balladopodobne oraz całe mnóstwo melodyjnych piosenek, które ocierając się o rock progresywny (neoprogresywny) brzmią po prostu wyśmienicie. Każdą można potraktować jako majstersztyk aranżacyjny i wokalny, bowiem Mitchell po raz n-ty udowadnia, że jest niesamowicie zdolnym kompozytorem i wokalistą.
Parafrazując słowa pierwszej kompozycji z ostatniego krążka zespołu można powiedzieć tak: „Jestem Lonely Robot i przyszedłem się pożegnać”. Utwór „This World Window” swym syntezatorowym brzmieniem rozpoczyna to pożegnanie w iście neoprogresywnym stylu stopniując natężenie i harmonie kolejnych fraz. I jeżeli ktoś usłyszy kroki odchodzącego robota gdzieś tam w dalekim tle muzycznego kosmosu, to właśnie jest świadkiem muzycznego znaku pożegnania cichnącego w ostatnich sekundach.
Cichnące sekundy utworu początkowego niemal natychmiast zastępuje mocna perkusja i żywiołowa kompozycja pt. „Show The Way”. Od tego utworu rozpoczyna się wznosząca fala przebojów zawartych na wydawnictwie. Następny w kolejce utwór – „Back To The Middle” -to najładniejsza i najbardziej melodyjna piosenka z albumu, murowany hit dnia każdej rozgłośni radiowej. Czwarty z kolei – „In Ocean Light” - dopełnia poprzednie melodyjnością i niezwykłą nośnością barwy oraz, w co warto się wtopić, delikatnością. Razem te pierwsze cztery kompozycje brzmią niczym przedsmak niebiańskich dźwięków, jakie z pewnością czekają wytrwałych „kosmonautów muzycznych przestworzy” w ich podróży na „drugą stronę świata”.
Piąty z kolei utwór – „Ad Astra” – to propozycja dla poszukiwaczy ciekawych aranżacji. Metronomiczna perkusja, która pulsuje pod wylewającą się falą jakby zapętlonych syntezatorowych akordów delikatnym i zbyt krótkim, ale za to bardzo ładnym solo gitary mają w sobie naprawdę dużą dozę muzycznego optymizmu.
Jeśli, nawet podświadomie, ktoś poszukiwał śladów zespołu Asia, to może je znaleźć w kompozycji „Where In The World”. Duch zespołu Asia otacza tę bardzo melodyjną kompozycję niczym szalik szyję w zimie.
Od piosenki „Twin Suns” rozpoczyna się kolejna grupa utworów, których cechą dominująca jest zwarta, mocniejsza i… bardzo rockowa struktura. Narracyjnie wracamy do kwestii „kosmicznych”. Do próby spojrzenia na siebie, na świat oczyma samotnego w otchłaniach kosmosu podróżnika-obserwatora. Utwór „The River”, mimo dramatycznego, mocnego uderzenia na początku, ustępuje chwilę potem miejsca gitarze akustycznej i delikatnemu, lecz głębokiemu wokalowi przesyconemu nutą żalu. Tę trójkę rockowych kompozycji kończy piosenka „Rearview” utrzymana w tym samym, rockowym stylu.
Jak twierdzi autor, płyta „An Ending” jest albumem podsumowującym, nic więc dziwnego, że można podzielić ją na kilka grup o zbliżonych stylach aranżacyjnych. Nic więc dziwnego, że po trzech kompozycjach rockowych utwór „Bending Light” zaskakuje swym „tańcujacym” pozytywkowym rytmem. Niczym kroki walca, niczym karuzela, wiruje coraz szybciej, nabierając głośności i intensywności, aż wreszcie nad tym wszystkim rozlega się dźwięk majestatycznej partii gitary. By zniknąć, ucichnąć, skryć się gdzieś tam w odległej przestrzeni.
Ostatnie dwa utwory to czas odejścia, czas pożegnania. „The Iron Sea” wybrzmiewa wyciszonym dźwiękiem, przechodząc od odgłosów morza do niesamowitych i kosmicznie brzmiących syntezatorów oraz delikatnie falującego dźwięku pianina. Molowa tonacja i subtelność aranżacji wystarczą do wykreowania atmosfery znikającego statku kosmicznego.
Utwór kończą: fortepian, smyczki i nieco zachrypły wokal. Utwór „Oblique” zamyka ten album w sposób wielce stonowany. I słowa rozdzierające duszę: „(…) „Slowly my heart breaks gently” (Powoli, łagodnie pęka me serce). I jeżeli album rozpoczynają słowa: (…) „Jestem samotnym robotem i przybyłem, by się pożegnać...”, to kończy je gasnący niczym promienie zachodzącego słońca ostatni akord fortepianu.
Podobno nigdy nie mówi się ‘nigdy’… Podobno różne rzeczy mogą się jeszcze zdarzyć, a nawet jeśli nie, a nawet jeśli rzeczywiście nie pojawi się już żaden dźwięk spod znaku Lonely Robot, to warto pamiętać, że taki projekt przez dobrych klika lat i sześć albumów radował muzyczne serce. Znika zespół, ale zostaje jego główna postać – John Mitchell. Nowe dźwięki grupy Asia już za niedługo, całkiem niedawno (w 2024r.) można było posłuchać płyty „Life In The Wires” grupy Frost*. Co chwilę pojawiają się remastery płyt zespołu Arena. I tylko It Bites jakoś w dalszym ciągu jest pogrążony w muzycznej drzemce. Słowem, jest co robić, a można jeszcze dodać, że człowiek renesansu, jakim jest Mitchell, na pewno coś jeszcze znajdzie na muzycznej niwie i zagospodaruje w dobrym progresywnym stylu. Pozostaje tylko czekać. A płyta „An Ending”…? Warta posłuchania w wolnej chwili.
