Gdy Steve Rothery zdecydował się spełnić swoje marzenia i zostać gitarzystą, kierunek jego muzycznych poszukiwań wyznaczała twórczość takich grup, jak Pink Floyd, Camel czy Genesis. W czasach, gdy wśród jego rówieśników panowała moda na punk rock była to co najmniej kontrowersyjna decyzja. Steve jednak konsekwentnie podążał za swoimi inspiracjami i w 1979 odpowiedział na anons grupy Silmarillion, która poszukiwała gitarzysty. Tam mógł rozwijać swój styl, nie patrząc na ówczesne trendy. Niedługo potem nazwa grupy została skrócona do Marillion, a reszta jest już historią muzyki rockowej. W początkowym okresie zespół często występował w klubie Marquee, nad którym siedzibę miała wytwórnia Charisma mająca w swym katalogu płyty Genesis oraz solowe dzieła jej byłego gitarzysty, Steve’a Hacketta. Rothery: „[Steve H] wpadł do nas, gdy w 1983 roku pracowaliśmy w studiu Marquee nad albumem ‘Script For A Jester’s Tear’, choć szczerze mówiąc, niewiele z tego pamiętam”. W późniejszym czasie drogi Steve’a R. i jednego z jego idoli wielokrotnie przecinały się podczas koncertów czy w studiu (m.in. obaj wzięli udział w nagraniu płyty „Postmankind” duetu Ian Mosley (perkusista Marillion, któremu dołączenie do zespołu polecał Hackett) & Ben Castle. W międzyczasie panowie zaprzyjaźnili się, spędzając ze sobą sporo czasu prywatnie (ich żony, obie o imieniu Jo, także świetnie się dogadują) rozmawiając o świecie, ale także rozważając współpracę artystyczną. Zanim wspólny projekt nabrał kształtów obaj wspierali się wzajemnie przy solowych projektach (Rothery wystąpił na płycie „Genesis Revisited II” (2012) oraz kilku albumach koncertowych Hacketta, ten z kolei wziął udział w nagraniu solowego debiutu kolegi („The Ghost Of Pripyat” (2014)). W końcu jednak postanowili połączyć siły w większym wymiarze, tym bardziej, że pierwsze wspólne sesje utwierdziły ich w przekonaniu, że łączy ich specyficzna chemia.
Prace nad albumem trwały w sumie aż 10 lat, gdyż niełatwo było obu muzykom wygospodarować czas na realizację planów. Pomysł nabrał kształtów w oparciu o wspomnienia młodszego ze Steve’ów, który spędził dzieciństwo niedaleko nadmorskiego Whitby. Rothery: „To było bardzo sielankowe dzieciństwo, niemal jak z książek Enid Blyton. Dorastanie nad morzem miało ogromny wpływ na moje spojrzenie na świat. Steve potrafił się z tym utożsamić – choć urodził się w Londynie, jego rodzina przeprowadziła się do Kanady; opowiadał mi o podróży statkiem przez sztormy, więc obaj mieliśmy doświadczenia związane z morzem. Kiedy więc uznaliśmy, że to będzie prawdopodobnie nasz motyw przewodni, wybraliśmy się tam – do Whitby – na wspólne wakacje. Zatrzymaliśmy się w tym oryginalnym, kameralnym hotelu o nazwie La Rosa, wypełnionym po brzegi dziwacznymi przedmiotami w stylu wiktoriańskim. Wyglądał jak coś wyjętego z okładki płyty Steve’a – ‘Please Don’t Touch!’ – pełno tam było doprawdy osobliwych rzeczy”. Hotel znajduje się naprzeciwko ruin opactwa, które „grały” w filmie o Drakuli, a podczas wizyty przyjaciół rozpętała się burza, co potęgowało niezwykłą atmosferę.
Znaczna część materiału powstała podczas sesji w studiu Marillion – Racket Club, gdzie muzycy po prostu grali razem wzajemnie się inspirując. Co ważne, nie było tu mowy o rywalizacji, popisywaniu się technicznymi sztuczkami, po prostu duet „rozmawiał” ze sobą używając do tego gitar, na zasadzie „ja gram frazę, ty grasz frazę, reagujemy na siebie nawzajem”.
W nadaniu ostatecznego kształtu utworom duet wspomogła trójka muzyków, z których największy wkład miał Riccardo Romano (RanestRane, Steve Rothery Band). On wraz ze Steve’ami wyprodukował album, zagrał na instrumentach klawiszowych i basie, zajął się miksem oraz (wraz z Rothery’m) rejestracją ścieżek. Jakby tego było mało, przy trzech kompozycjach („The Storm”, „The Roaring Waves” i „The Black Sea”) jest podpisany jako współkompozytor. Oprócz niego swoje ścieżki nagrali także perkusiści – Daniele Pomo (RanestRane, pierwsze pięć utworów) i Leon Parr (Steve Rothery Band – ostatnie dwa nagrania).
Od początku panowie założyli, że będzie to wydawnictwo instrumentalne, a poszczególne utwory łączy, jak wspomniałem wcześniej, wspólny temat – morze.
Rozpoczyna się od burzy – „The Storm”. Szum fal, śpiew mew i melotronowe tło, na którym słyszymy pierwsze dźwięki gitar – jedna prowadzi linię melodyczną, druga buduje mroczny podkład. Po uderzeniu pioruna pojawia się mocniejszy riff oraz hammondowy podkład, a całość uzupełnia wyrazista perkusja. Potem słyszymy już wspaniały, śpiewny gitarowy motyw i zaczyna się prawdziwa magia – obaj Steve’owie cudownie prowadzą dialog przy pomocy swoich instrumentów. W końcówce jest ciszej – tylko klawisze i gitara. To bardzo mocne rozpoczęcie albumu – jednocześnie jest pięknie, ale i groźnie.
„Sandsend” to prawie pięciominutowa dawka spokojnie płynących dźwięków obu gitar skąpanych w łagodnie falującym klawiszowo-perkusyjno-basowym morzu nut.
Wyróżniającą się kompozycją na płycie jest „Red Dragon” zainspirowana statkiem Kompanii Wschodnioindyjskiej z XVII wieku, który jako pierwszy pokonał szlak handlowy do Azji. Tu na początku i na końcu słyszymy dźwięki liry korbowej, choć wygenerowane na klawiszach. Pojawia się także sitar, dodający całości nieco egzotycznego klimatu. Oprócz tego już „tradycyjnie” – jeden Steve gra melodię – drugi odpowiada, a całość uzupełnia ciekawa sekcja – Riccardo – Daniele.
Tytułowe nagranie rozpoczyna partia gitary klasycznej z nylonowymi strunami w wykonaniu Hacketta, potem klawisze tworzą orkiestracje, budując iście filmowy klimat. Ciekawostką jest fakt, że dwaj mistrzowie stworzyli swymi gitarami takie pejzaże, które oczami (a właściwie uszami) wyobraźni kierują mnie w stronę dokonań innego idola Rothery’ego – Andrew Latimera.
Nieco odmienny charakter ma utwór „K-129”, zainspirowany historią radzieckiego okrętu podwodnego, który zaginął pod koniec lat 60., a którego załoga miała składać się z agentów KGB. Rothery: „Według jednej z teorii, skoro jednostkę odnaleziono u wybrzeży Hawajów, agenci ci próbowali wywołać wojnę nuklearną między Chinami a Ameryką; kapitan jednak odmówił i zatopił okręt, by nie dopuścić do rozpętania konfliktu przez agenta KGB. Kto wie, czy to prawda? Ale historia jest świetna...”. Gitarzysta Marillion odpowiada tu także za część partii instrumentów klawiszowych, a kompozycja jako całość jest bardziej ambientowa, z większą dawką elektronicznych brzmień i dźwiękami sonaru, na tle których płyną partie gitar. Miejscami utwór zbliża się do klimatów stworzonych na ubiegłorocznej płycie „Gentō” duetu Biosope (przypomnę, że Steve R. powołał go z Thorstenem Quaeschningiem z Tangerine Dream).
Pierwszym utworem z płyty, który dotarł do słuchaczy był „The Black Sea”. Tu tajemniczą, melancholijną aurę tworzą we wstępie dźwięki podobne do tych, które można wydobyć z handpanu. Początkowo główną melodię prowadzi Rothery, a jego starszy kolega dba o dodatkowe smaczki. Całość otoczona jest spokojnym podkładem rytmicznym duetu Leon Parr – Riccardo Romano i klawiszowymi tłami tego drugiego. W dalszej części obie gitary przemiennie podchwytują główny motyw oraz prowadzą jedną z najpiękniejszych „rozmów” na całej płycie.
Na finał krążka otrzymujemy utwór odmienny od reszty jego zawartości. „Pacific Coast Highway” to najbardziej dynamiczne nagranie utrzymane w mocno bluesowym klimacie podkreślonym partią harmonijki ustnej, na której gra Hackett, który tak mówi o wyborze instrumentu: „Właściwie zaczynałem swoją przygodę z muzyką od gry na harmonijce chromatycznej, zanim na poważnie zająłem się gitarą. Harmonijka to fantastyczny instrument”. Tytuł to oczywiście nawiązanie do jednej z najpiękniejszych dróg w Stanach Zjednoczonych ciągnącej się wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego biegnąc przez San Francisco do Los Angeles. Rothery: „Uwielbiam tę trasę. Pokonywałem ją kilka razy w Kalifornii i podoba mi się ten klimat rodem z filmów drogi”. Panowie postanowili wyjść poza swoją strefę komfortu i dali upust swojej fantazji, nie trzymając się ram gatunku, z którym obaj są kojarzeni. Tym razem za bas chwycił Steve Rothery, zaś ozdobą są partie chóru w wykonaniu państwa Hackettów (Steve’a i Jo) oraz rodziny Steve’a Rothery’ego (żony Jo oraz dzieci Jennifer i Michaela). Trzeba przyznać, że nagranie to dodaje kolorytu krążkowi interesująco go zamykając.
Album ukazał się pod skrzydłami wytwórni InsideOut Records na płycie kompaktowej, w digibooku zawierającym CD w zestawie z dyskiem Blu-ray (tu znalazły się miksy w formacie Dolby Atmos autorstwa Andy’ego Bradfielda i 5.1 Surround) oraz na płycie winylowej.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o kolaboracji tych dwóch wielkich gitarzystów wyobraziłem sobie jak mógłby brzmieć owoc ich nagrań. Teraz, trzymając w rękach album „The Roaring Waves”, mogę stwierdzić, że jest on dokładnie taki, jakiego oczekiwałem – dostojny, pełny cudownych melodii gitarowych, w których czuć jak wielką frajdę sprawiało obu muzykom ich tworzenie. Miejmy nadzieję, że nie będzie to współpraca jednorazowa. Obaj dżentelmeni mocno wierzą, że uda im się stworzyć jeszcze coś razem, inną kwestią jest kiedy to nastąpi. Na razie Steve Hackett pracuje nad kolejnym krążkiem solowym (wśród zaangażowanych muzyków znalazł się m.in. Riccardo Romano), natomiast Steve Rothery aktualnie koncertuje z Marillion i przygotowuje się z kolegami do wydania kolejnej płyty. Zapewne materiał z niej usłyszymy podczas przyszłorocznego Marillion Weekend, który odbędzie się w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie w dniach 3-4 kwietnia.
A wracając do omawianego wydawnictwa, od kilku lat prowadzę swój osobisty ranking na ulubioną płytę instrumentalną. Album „The Roaring Waves” już w tym momencie jest niemal pewnym kandydatem do wygrania mojego tegorocznego podsumowania w tej kategorii. Polecam!
