Søren Hvidberg, duński multiinstrumentalista z Aarhus, od początku swojej twórczości buduje muzykę tak, jak botanik pielęgnuje rzadkie rośliny: cierpliwie, precyzyjnie, z cichą wiarą, że piękno nie potrzebuje hałasu, by przetrwać. Jego projekt jest przedsięwzięciem w pełni solowym - Hvidberg sam komponuje, produkuje i wykonuje wszystkie partie: gitary akustyczne, elektryczne, basowe oraz syntezatory. Po debiutanckim albumie „Like a Tiny Microscopic Second” z 2025 roku, który zwrócił uwagę fanów gatunku okreslanego mianem ‘atmospheric progressive electronic’, artysta powraca z drugim albumem, „Lesser Periwinkle”, wydanym 6 sierpnia 2026 roku. To dzieło bardziej dojrzałe, bardziej organiczne, bardziej świadome własnej mocy.
Tytułowy barwinek pospolity — drobna, wiecznie zielona roślina o fioletowych kwiatach — staje się tu metaforą całej muzycznej konstrukcji. Hvidberg tworzy album, który rozkwita. Powoli, nieubłaganie, z cichą determinacją rośliny, która nie potrzebuje słońca, by przetrwać w cieniu.
„Digital Tones” otwiera krążek jak narodziny cyfrowego ekosystemu. Zimne impulsy syntezatorów budzą do życia organiczne brzmienie gitar, jakby technologia próbowała odtworzyć poranną rosę. To moment, w którym słuchacz orientuje się, że nie wchodzi do świata ludzi — wchodzi do świata roślin, które oddychają elektroniką.
Kompozycja tytułowa „Lesser Periwinkle” jest jak spacer po skandynawskim lesie o świcie. Ciepły motyw przewodni rozkwita powoli, jak płatek barwinka otwierający się w chłodnym powietrzu. Gitary Hvidberga brzmią tu jak delikatne pnącza oplatające syntezatorowe tło, tworząc pejzaż, który nie narzuca się - on po prostu istnieje.
„Like Leaves Falling” jest melancholią przemijania. Gitary płaczą tu w rytmie opadających liści, a syntezatory tworzą mgłę, która unosi się nad jesiennym ogrodem. To muzyka o tym, że czas nie jest wrogiem - jest procesem. „Answer The Call of Nature” z kolei jest surowszy, pierwotny, pulsujący. Syntezatory biją tu jak echo zewu natury, a całość przypomina moment, w którym człowiek przestaje słuchać świata i zaczyna słuchać siebie.
„More Antics” i „Nighttime Disturbance” wprowadzają niepokój. To fragmenty, w których bezpieczny las zamienia się w nocny labirynt pełen cieni. Gitary skrzą się jak świetliki, ale syntezatory tworzą mrok, który nie jest groźny, lecz fascynujący. To noc, która nie straszy, lecz zaprasza.
W drugiej połowie albumu muzyka staje się monumentalna. „Pompous Tones” jest dostojny, jak roślina, która nagle wystrzeliła w górę, przebijając się przez warstwy ziemi. A potem nadchodzi „11034 Meters Below” - kompozycja, która zabiera słuchacza w najgłębszą otchłań Rowu Mariańskiego. Bas gęstnieje jak ciśnienie wody, syntezatory tworzą klaustrofobiczne plamy dźwiękowe, a całość brzmi jak podróż w miejsce, gdzie nie dociera światło, ale życie wciąż trwa.
„Heartbeat Sound” jest powrotem do biologicznego rytmu. To muzyka o tym, że nawet po najgłębszej ciemności serce potrafi odnaleźć swój puls. A potem nadchodzi opus magnum albumu - „A Remote Collaboration”. Ponad osiem minut wielowątkowej, kosmicznej opowieści, w której wszystkie instrumenty Hvidberga spotykają się w jednym finale. To moment, w którym roślina, dźwięk i człowiek stają się jednym organizmem. Album domyka „Nasal Singing” - eksperymentalny, intrygujący akcent, który brzmi jak echo obcego świata, ale zaskakująco jest w pełni ludzki.
Album „Lesser Periwinkle” udowadnia, że samotność w studiu nagraniowym może rodzić całe światy. Hvidberg nie potrzebował zespołu, by stworzyć symfonię. Stworzył album, który — jak barwinek — nie krzyczy, nie walczy, nie domaga się uwagi. On po prostu rośnie w sercu słuchacza. Cicho. Wytrwale. Pięknie. Bo czasem najtrwalsze rzeczy są tymi, które rosną w ciszy.
Jeśli kochacie muzykę, która nie boi się melancholii, która potrafi być jednocześnie organiczna i elektroniczna, która tworzy własny ekosystem dźwięków — sięgnijcie po „Lesser Periwinkle”. Bo to album przeznaczony dla fanów Mike'a Oldfielda (ze względu na multiinstrumentalne podejście i łączenie gitar z elektroniką), Tangerine Dream i Jeana-Michela Jarre'a (za analogowo brzmiące tekstury elektroniczne) oraz Steve'a Hacketta czy Pink Floyd (w kontekście melodyjnych, melancholijnych solówek gitarowych). Gorąco polecam.
