Jono - Life

Artur Chachlowski, Jono - Life

O fenomenie – bo inaczej nie sposób tego nazwać – muzyki grupy Jono pisaliśmy już na naszych łamach dwukrotnie: małoleksykonowa recenzja wydanej w 2013 roku płyty „Requiem” pod tym linkiem, a tekst poświęcony albumowi „Silence” (2015) tutaj.

Dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji zetknąć się z produkcjami tego szwedzkiego zespołu powiem tylko tyle, że muzyka Jono jest niezwykle trudna do jednoznacznego zdefiniowania. Być może najlepiej opisać ją jako pełen dźwiękowego przepychu melodyjny rock z symfonicznymi i progresywnymi elementami, zawsze oparty na mocnych melodiach z bombastycznymi aranżacjami. Dynamika i potężny dźwięk są niezwykle ważnymi składnikami muzycznego przepisu o nazwie Jono. Często mówi się, że w ich muzyce uwidaczniają się wyraźne wpływy artystów pokroju Queen, Muse, Supertramp, Kansas czy Journey, ale wydaje się jednak, że grupę Jono należy przede wszystkim doceniać za to ich własne, rozpoznawalne i bardzo charakterystyczne brzmienie.

Najnowsza płyta zatytułowana „Life” to prawdziwa kwintesencja stylu tej formacji. Znajdujemy na niej 10 niesamowicie dynamicznych, a przy tym melodyjnych i bardzo udanych utworów, pośród których nie ma praktycznie ani jednego słabszego numeru. Dlatego niesprawiedliwym byłoby wyróżnianie jakiegokolwiek na tle innych, choć zdaję sobie sprawę, że każdy znajdzie na płycie „Life” swojego faworyta. Ja na przykład, faworytów mam aż dziesięciu, ale jeżeli miałbym wskazać dwa – trzy tytuły, to proszę bardzo: majestatyczny „To Be Near You”, wyposażony we wspaniałe partie chóralne „Downside” oraz otwierający całość prawdziwy killer pt. „Sailors”. Lecz zdaję sobie sprawę, że ilu słuchaczy, tyle różnych może być takich ulubionych „trójeczek”. Patrząc jednak na najnowszy album Szwedów w jak najbardziej obiektywny sposób muszę stwierdzić, że w jego programie niewątpliwie wyróżnia się także zamykająca płytę kompozycja „The March”, ale wynika to głównie z tego, że w porównaniu z innymi to bardzo spokojna i niezwykle wysmakowana kompozycja, zawieszona w rozmarzonym nastroju przypominającym nieco pamiętne „Exogenesis” grupy Muse. Być może jeszcze przewidziane na pierwszego singla nagranie „No Return” ma pewne znamiona łatwej rozpoznawalności, ale zasadniczo rzecz ujmując, wszystkie, bez wyjątku wszystkie, utwory na „Life” to niezwykle udane rockowe piosenki wypełnione instrumentalnym patosem i rewelacyjnym śpiewem (wzorowanym raz na Freddy’ego Mercury’ego raz na Matthew Bellamy’ego) w wykonaniu Johana Norrby’ego. Zresztą, co tu dużo mówić, „Life” to po prostu bardzo dobra płyta z przeogromnym ładunkiem epickiej energii i pompatycznego kopa, a przy tym nafaszerowana taką ilością świetnych melodii, że jestem pewien, że każdy znajdzie na niej coś dla siebie i – co więcej – nikt nie przejdzie wobec tej muzyki obojętnie. 

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl