Lion Shepherd - Heat

Artur Chachlowski, Lion Shepherd - Heat

Najpierw zdumiony oniemiałem. Trzymając w ręku nową płytę Lion Shepherd zastanawiałem się kiedy ostatni raz widziałem równie pięknie i oryginalnie wydaną płytę polskiego wykonawcy? Moje pozytywne zdumienie dorównywało chyba temu sprzed 20 lat, kiedy to rozpakowywałem płytowy debiut grupy Abraxas. Na tamtym, tak okazale wydanym albumie, nie było na szczęście przerostu formy (opakowanie) nad treścią (muzyka), a produkcje bydgoskiego kwintetu na trwale zapisały się złotymi zgłoskami w historii polskiego (prog)rocka. Dlatego z wielką radością donoszę, że imponująco wydany (gruby, rozkładający się na cztery części (każda w inną stronę) digipak, na sztywno przytwierdzona do niego rozkładówka z tekstami i fotografiami, osobne skrzydełko z creditsami, czerpany papier, a w samym środeczku srebrny krążek CD. Srebrny, a właściwie czarny, gdyż graficznie utrzymany jest w podobnym duchu, co digipakowa rozkładówka, na której dostrzec można mapy Bliskiego Wschodu) album grupy Lion Shepherd również nie rozczarowuje pod żadnym względem.

Wspomniałem o Bliskim Wschodzie?… Arabska lutnia oud, perski santur, bęben darbuka, Irish bouzouki, tabla, hinduskie perkusjonalia – takie instrumenty słyszymy na nowej płycie zatytułowanej „Heat”. Oczywiście słychać też tutaj typowe rockowe instrumentarium. Ale są też inne liczne orientalizmy (jak np. wokalizy Kasi Rościńskiej w „Dream On”) i zaskakujące brzmienia (jak w otwierającym płytę utworze „On The Road Again”), w których Lion Shepherd gra bardziej na folkową niż na rockową nutę. A przecież nie tylko w tych nagraniach na słuchacza czyhają niespodzianki. Początek utworu nr 2, a jest nim kompozycja tytułowa, to w dalszym ciągu mnóstwo orientalizmów i folkowych klimatów wplątanych w rockowe wątki. Nie ukrywam, że na samym początku lekko osłupiałem, choć moje zadziwienie nie było aż tak wielkie jak przy kontemplowaniu okładki, ale już po drugim i trzecim przesłuchaniu odkryłem, że w tym szaleństwie jest metoda. Przyznaję, że po nowej płycie Lion Shepherd spodziewałem się zupełnie innej muzyki, tymczasem zespół zaskoczył mnie swoimi nowinkami (mam nadzieję, że nie tylko mnie!) i, co najważniejsze, uczynił to w bardzo pozytywny sposób. Nie dziwcie się więc, że gdy już nacieszyłem swoje oczy okładką i włączyłem muzykę z płyty "Heat" oniemiałem ze zdumienia po raz drugi.

Ktoś spyta: ale dlaczego? Od jakiegoś już czasu wszędzie mówiło się o Lion Shepherd jako o zespole na wskroś progrockowym, a o głosie wokalisty jako o „Dudopodobnym”. Być może było to następstwem wrażenia, jakie pozostawiła po sobie pierwsza płyta zespołu, „Hireath” (2015), a być może sprawiło to wspólne koncertowanie po Polsce i po świecie wraz z grupą Riverside? Tak, łatwo jest przykleić łatkę, z którą trudno się potem rozstać. Zresztą nie mam pewności, że członkowie grupy Lion Shepherd chcą za wszelką cenę zerwać więzy z prog rockiem. Chyba nie. Oni po prostu nie przejmują się i grają swoje. Idą swoją ścieżką, a płyta „Heat” pokazuje, że raz obrany kierunek do realizacji nietuzinkowych pomysłów jest słuszny. Nawet zwrot też się zgadza…

Panowie Kamil Haidar (śpiew) i Mateusz Owczarek (gitary i inne instrumenty strunowe), bo oni tworzą trzon grupy Lion Shepherd, dobierają do realizacji swoich muzycznych planów różnych muzyków. Gdy mają duży koncert, grają w rozbudowanym zestawieniu personalno-instrumentalnym, gdy występują w kameralnym klubie potrafią ograniczyć swoje instrumentarium do niezbędnego minimum. I za każdym razem brzmią dobrze. Ale najlepiej prezentują się, gdy nie mają żadnych ograniczeń, jak w studiu, a właściwie wielu studiach, bo płyta „Heat” nagrywana była przecież w kilku miejscach. No i efekt jest znakomity. Zapomnijmy o etykietkach, o szufladkach, o tym, że Lion Shepherd to „zespół poprzedzający Riverside na koncertach”. Bo oto wyrosła nam gwiazda, która na firmamencie polskiego rocka rozbłysła niczym supernowa. Płyta „Heat” pokazuje, że mamy do czynienia z zespołem dojrzałym, w pełni ukształtowanym, a przy tym grającym niesamowicie oryginalną muzykę. Gdy potrzeba kipiącą energią, kiedy indziej wyciszoną. W jednej chwili liryczną i dynamiczną. Akustyczną i elektryczną. A co najważniejsze ubraną w niesamowicie zgrabne utwory, które zachwycają wykonaniem, aranżacją, przestrzenią i niebywałym czarem. Podkreślmy, że są to utwory o olbrzymim potencjale piosenkowym (moi prywatni faworyci to „When The Curtain Falls” z fajnie rozegranym finałowym żeńskim chórkiem oraz „Farewell” i kończący całość „Swamp Song”).

Dostrzegam w produkcjach Lion Shepherd na płycie „Heat” pewien paradoks. Otóż jest to album, na którym, moim zdaniem, instrumenty akustyczne biorą górę nad elektrycznymi i… wcale nie powoduje to odczucia, że słuchamy płyty nie-rockowej. Wręcz przeciwnie, cały album „Heat” zagrany jest z zębem i brzmi bardzo szlachetnie, dostojnie i dojrzale.

Powiem szczerze, że bardzo polubiłem ten krążek wraz z całym jego anturażem. Wiem, jeszcze zbyt wcześnie, by próbować wystawiać ostateczne cenzurki i wiem, że jesienią czekają nas premiery co najmniej kilku „gorących” wydawnictw (prog)rockowych artystów znad Wisły, ale – póki co – „Heat” stał się moim zdecydowanym faworytem do miana polskiej płyty roku…

Już w najbliższą niedzielę Lion Shepherd zagra na festiwalu Rock In Park w Parku Sowińskiego w Warszawie. Jak wypadnie na tle mocnej polsko-skandynawskiej konkurencji? Niestety nie będę mógł tam być, by kibicować tej sympatycznej grupie, ale przez skórę czuję, że skoro plan jest taki, że zagrają jako pierwsi, to na pewno podniosą poprzeczkę bardzo wysoko.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl