Hart, Beth & Bonamassa, Joe - Black Coffee

Artur Chachlowski, Hart, Beth & Bonamassa, Joe - Black Coffee

Pięć lat minęło od premiery „Seesaw” - poprzedniego wspólnego albumu amerykańskiej wokalistki Beth Hart oraz kultowego już obecnie gitarzysty Joe Bonamassy. Tym razem z towarzyszeniem bogatej sekcji instrumentalnej (m.in. saksofonistów Rona Dziubli i Paulie Cerry oraz trębacza Lee Thornburga) oboje znów wzięli się za klasyczne piosenki klasycznych śpiewaków klasycznej ery bluesa i jazzu. Sięgnęli po stosunkowo mało znane utwory i nie odegrali ich ot tak, wprost, tylko każde z nich poszukało w nich swoistego twista, muzycznego punktu zaczepienia, elementu, który byłby punktem wyjścia do ich własnej interpretacji. A że potencjału u naszej pary bohaterów jest naprawdę sporo (Beth to wybitna bluesrockowa wokalistka, Joe to mistrz gitary), to i możliwości interpretacyjnych było całkiem sporo. Oboje na płycie „Black Coffee” wykorzystali tą szansę w sposób bezbłędny.

Na swoim nowym albumie Hart i Bonamassa  zaprezentowali własne podejście do przebojów z repertuaru Edgara Wintera („Give It Everything You Got”), Ike’a i Tiny Turnerów (singlowy „Black Coffee”), LaVerny Baker („Saved” i „Soul On Fire”), Raya Charlesa („Sitting On The Top Of The World”), Lucindy Williams („Joy”), Etty James („Damn Your Eyes”), Peggy Lee („Why Don’t You Do It Right?”), austriackiego muzyka specjalizującego się w muzyce elektronicznej Waldecka („Addicted”) oraz do zdecydowanie mojego ulubionego w tym gronie nagrania – „Lullaby Of The Leaves” z repertuary Elli Fitzgerald.

Materiał został wyprodukowany przez Kevina „The Cavemana” Shirleya, a więc człowieka, który swego czasu współpracował z Led Zeppelin, Black Crowes, Aerosmith, Rush i Iron Maiden. Dlatego niech nikogo nie dziwi fakt, że na płycie „Black Coffee” nie ma praktycznie do czego się przyczepić. W każdym utworze znaleźć można coś absolutnie wyjątkowego i godnego uwagi. Czasami jest to błyskotliwe solo na Hammondzie, czasem brawurowa gra sekcji rytmicznej, czasem niesamowity jazzowy czy bluesrockowy klimat… Nie wspominam oczywiście o mistrzowskiej formie Beth Hart i genialnej grze Joe Bonamassy, bo cokolwiek bym nie napisał, brzmiałoby to jak zwykły truizm. Najważniejsze, że wspólnie udało im się stworzyć z różnych utworów pełną prawdziwego uroku układankę, której wszystkie puzzle pasują do siebie wręcz idealnie.

Te dwie nieprzeciętne muzyczne osobowości, gdy tylko stają obok siebie – czy to w studiu, czy na scenie – wyzwalają niesamowity efekt muzycznej synergii, czyniąc z efektów ich wspólnej pracy prawdziwe muzyczne mistrzostwo świata. Album „Black Coffee” jest tego najlepszym, ba! wzorcowym wręcz, przykładem.

MLWZ album na 15-lecie