Gift, The - Why The Sea Is Salt

Artur Chachlowski, Gift, The - Why The Sea Is Salt

Moim skromnym zdaniem mamy do czynienia z czołowym albumem z kręgu neoprogresywnego rocka AD 2016. „Why The Sea Is Salt” pochodzącej z Londynu grupy o nazwie The Gift (jest to już trzeci album w jej dorobku) nie dość, że nawiązuje największych osiągnięć mistrzów gatunku (IQ, Pendragon, Pallas, Galahad, Arena), to jeszcze sam w sobie stanowi niezaprzeczalną wartość, która upoważnia mnie do tego, by stwierdzić, że mamy oto do czynienia z dziełem absolutnie wybitnym w swoim rodzaju.

Już sam początek płyty jest zniewalający. Otóż, całość rozpoczyna się od długiej, można by rzec Szopenowskiej partii fortepianu (wykonuje ją oraz gra na tej płycie na innych instrumentach klawiszowych klasycznie wykształcony muzyk Gabriel Baldocci) stanowiącej wyborne preludium do otwierającej album kompozycji „At Sea”. W trzeciej minucie do fortepianu dołącza akustyczna gitara, w czwartej następuje mocniejsze uderzenie całego zespołu i dopiero po sześciu minutach rozlega się śpiew Mike’a Mortona: czysty, szlachetny, dostojny, epicki. Morton to zresztą z wykształcenia aktor. Nie znam jego dorobku filmowego, ale w roli wokalisty grupy The Gift spisuje się znakomicie. A więc początek albumu – doskonały. Utwór otwierający – znakomity.

Nie gorsze jest nagranie nr 2: „Sweeper Of Dreams” – zagrane z zębem, zaśpiewane w sposób bardzo emocjonalny i w swoim wydźwięku bardzo… neoprogresywne. Osobiście kojarzące mi się z klimatem marillionowskiej suity „Blind Curve” z płyty „Misplaced Childhood”.

Kompozycja nr 3, „Tuesday’s Child”, to w każdej ze swoich 10 minut prawdziwe mistrzostwo świata. W roli głównej są tutaj gitary (w grupie The Gift jest dwóch gitarzystów: Dave Lloyd i Leroy James). Najpierw, na samym początku, brzmią one w duecie, a nawet w tercecie, razem z fortepianem, a finałowe trzy i pół minuty to już prawdziwe gitarowe szaleństwo. Solówka jest taka, że z butów można wyskoczyć! Świetny to utwór.

Przechodzimy do kolejnego nagrania. „The Tallest Tree” to chyba największe zaskoczenie całej płyty. Dlaczego? Popatrzmy na listę gości: na gitarze 12-strunowej Anthony Phillips, a na gitarze solowej Steve Hackett. Panowie nie mieli okazji spotkać się w Genesis, spotkali się natomiast na tej płycie i uczynili z tej skądinąd udanej kompozycji najprawdziwsze cudeńko. Na chwilę w utworze tym pojawia się także Pete Jones (z grupy Tiger Moth Tales; słyszany także na niedawnym albumie Colin Tench Project) wzbogacając brzmienie grupy o pastelowe partie fletu. Dzięki temu wszystkiemu przywołany jest na chwilę klimat, który znamy chociażby z pamiętnej płyty „The Geese & The Ghost” Anthony’ego Phillipsa.

Następna kompozycja to trwająca 20 minut suita „All These Things”. I choć to najdłuższy utwór na płycie, to skwituję go w sposób najkrótszy z możliwych: czym dla Genesis był „Supper’s Ready”, tym dla grupy The Gift jest to właśnie nagranie. Muzyczny majstersztyk. Kropka.

Płytę zamyka żyjąca własnym muzycznym życiem sześciominutowa repryza utworu „At Sea” z podtytułem „Ondine’s Song”. Tak smutny to utwór, że aż piękny. Melancholijny, klimatyczny, stonowany. Z delikatnymi plumknięciami fortepianu, subtelnie grającą sekcją rytmiczną (nie wymieniłem jeszcze nazwisk Stefana Dickersa (gitara basowa) oraz Neila Haymana (perkusja)) oraz (znowu!) genialnym gitarowym solo na sam koniec. Takim solo, że aż ściska w gardle i dech zapiera w piersiach. No właśnie, a propos utraty tchu, to tytułowa Ondyna to nordycka bogini, której niewierny kochanek został ukarany klątwą, w wyniku której nie mógł oddychać. A skoro już jesteśmy przy legendach i mitach, to warto też wiedzieć, że tytuł albumu „Why The Sea Is Salt” nawiązuje do legendy o czarodziejskim młynku, który po wypowiedzeniu zaklęcia wyczarował i mielił sól, co w konsekwencji spowodowało, ze słodkie wody Bałtyku stały się słone. Ciekawa i pouczająca to historia, którą każdy powinien poznać. Tak jak i niniejszą płytę. Najnowsze dzieło grupy The Gift to najwspanialszy prezent, jaki fanom neoprogresywnego rocka mógł przytrafić się na koniec 2016 roku. To z całą pewnością album, który zapamiętamy na długo.

MLWZ album na 15-lecie
MojaFabryka.pl