Spock's Beard - Noise Floor

Artur Chachlowski, Spock's Beard - Noise Floor

W kontekście ukazania się nowej płyty Spock’s Beard chyba częściej niż o samej muzyce będzie mówiło się o personalnych przetasowaniach w zespole. Otóż, po kilku latach przerwy do składu powrócił poprzedni wokalista (a zarazem perkusista) Nick D’Virgilio. Jednak uczynił on swój powrót do zespołu na tyle delikatnym, że nie pozbawił on miejsca za mikrofonem nowego wokalisty, Teda Leonarda (swoją drogą, wciąż nie wiem gdzie byli muzycy grupy Kansas, gdy kilka lat temu poszukiwali następcy Steve’a Walsha?), tylko grzecznie przysiadł na krzesełku perkusisty i, jak za czasów Neala Morse’a, ograniczył swój udział do gry na bębnach i talerzach, okazjonalnie tylko udzielając się wokalnie w chórkach.

Zresztą chórki i rozbudowane harmonie wokalne (za wyjątkiem keyboardzisty Ryo Okumoto każdy członek Spock’s Beard naprawdę potrafi nieźle śpiewać) zawsze były mocną stroną muzyki tej grupy. Nie inaczej jest w przypadku nowego albumu zatytułowanego „Noise Floor”. Na jego program składa się osiem rzetelnie podanych i zagranych z energetycznym wykopem kompozycji. Jaki jest efekt? Pierwsze wrażenia są takie, iż wprawdzie nie sądzę, żeby „Noise Floor” miał być powszechnie uznany za najbardziej przełomowy album w historii Spock’s Beard, lecz zawiera on tak dobry materiał, że na pewno będzie uważany za jedną z najlepszych płyt w post-Morse’owskim okresie działalności zespołu.

Tym razem nie znajdujemy w jego programie długich i jakoś szczególnie rozbudowanych kompozycji. Najdłuższa, „Have We All Gone Crazy”, trwa „tylko” osiem minut. Zdecydowanemu uproszczeniu uległa też forma i konstrukcja poszczególnych kompozycji. W przeszłości wielokrotnie próbowano znaleźć pewne analogie pomiędzy zawiłymi losami grupy Spock’s Beard z zespołem Genesis i idąc dalej podobnym tropem zaryzykowałbym stwierdzenie, że „Noise Floor” to album pokroju płyty „And Then There Were Three”. Amerykanie wyrażają się teraz poprzez nieco prostsze (ale by była jasność - nie za proste!) kompozycje, jednakowoż w każdej z nich słychać, że mamy do czynienia z zespołem doświadczonym, bezbłędnym pod względem wykonawczym oraz posiadającym jasną wizję tego, w jakim kierunku podąża jego muzyka. No i w tym swoim wirtuozerstwie i wizjonerstwie grającym tak, że wieloletni fani nie będą rozczarowani. Jest kilka takich momentów na „Noise Floor”, że nawet najwięksi progrockowi ortodoksi wyskoczą z butów. Posłuchajcie końcówki płyty w postaci dwóch połączonych ze sobą kompozycji: instrumentalnej „Box Of Spiders’ oraz „Beginnings” (trzeba mieć duże poczucie humoru, żeby tak zatytułowany utwór umieścić na samym końcu albumu) – takiego patosu i progresywnej pompy utrzymanej na tak wysokim pułapie nie słyszało się już dawno.

Ale nie tylko końcówka płyty jest godna uwagi. Świetnie prezentują się takie utwory, jak wspomniany już „We Have All Gone Crazy” (kilka linijek tekstu zaśpiewał w nim NDV), „One So Wise”, najspokojniejszy w całym zestawie „So This Is Life” (przyjemny orkiestrowy aranż) czy przebojowy „To Breathe Another Day”, który z wysokiego C rozpoczyna to wydawnictwo. Cały album jest równy i utrzymany na wysokim poziomie. Posiada mnóstwo wspaniałych melodii i zagrany jest z prawdziwym wykopem. Powiem szczerze, że podoba mi się, i to bardzo. Czy ma jakieś wady? Nie sądzę. No, może długimi chwilami (i głównie za sprawą wokalnej ekspresji Teda Leonarda) Spock’s Beard przybliża się brzmieniowo do grupy Kansas. Ale czy to może być powód do narzekań?...

 

PS. Płytę „Noise Floor” uzupełnia dodatkowy krążek umownie zatytułowany „Cutting Room Floor”, który zgodnie ze swoim tytułem zawiera cztery odrzucone utwory. Wcale nie odstające jednak swoim poziomem od tych z podstawowego programu, lecz trochę mniej złożone pod względem konstrukcji, jeszcze krótsze i – ogólnie rzecz ujmując – prostsze. Już nie takiej skali i pokroju jak podstawowa ósemka, ale słucha się ich wspaniale. Taki „Days We’ll Remember” przyczepił się do mnie od samego początku i… gra mi w uszach nawet, gdy płyta nie kręci się w odtwarzaczu. Nie gorsze są utrzymane w nieco bardziej melancholijnym klimacie nagrania „Bulletproof” oraz „Vault” (zwracam uwagę na wpadającą w ucho melodię prowadzoną przez gitarę akustyczną, która świetnie brzmi unisono z patetycznymi syntezatorami). Całkiem miły jest też trzyminutowy instrumental „Armageddon Nervous”. Wszystko to może oznaczać tylko jedno: w przypadku „Noise Floor”, traktując go jako dwupłytowy pakiet, mamy do czynienia z albumem pod każdym względem wyjątkowym.

MLWZ album na 15-lecie