Anathema - The Optimist

Przemysław Stochmal, Anathema - The Optimist

Na okładce wydanej przed szesnastoma laty płyty Anathemy „A Fine Day To Exit” znalazło się wnętrze pełnego osobistych przedmiotów auta zaparkowanego przy samym brzegu oceanu. Dziś, wraz z nową płytą zespołu, zatytułowaną „The Optimist”, motyw samochodu powraca – i jak się okazuje, nie bez powodu.

Album z 2001 roku w pewnym stopniu stanowił dla braci Cavanagh punkt wyjścia przy pracy nad nowym materiałem. „The Optimist” ciężko uznać jednak za kontynuację czy sequel znacznie starszej dyskograficznie pozycji. Głównym łącznikiem jest tu postać okładkowego zaginionego mężczyzny, która, jak przekonują sami autorzy, wraz ze swoimi uniwersalnymi lękami, nadziejami i przemyśleniami stanowi przewodni motyw tekstów na płycie. Sporadycznie zespół wplata w  treść trawestacje słów ze starszych piosenek (wystarczy posłuchać choćby promującego album nagrania „Springfield”). Od strony muzycznej zaś Anathema niespecjalnie skora jest do sentymentów - każdy, kto oczekuje wyraźnych powrotów do „A Fine Day To Exit”, powinien zadowolić się jedynie poukrywanymi wśród dźwięków fikcyjnego radia wycinkami starych piosenek  - które zresztą pochodzą nie tylko z tej jednej płyty.

Pierwsze spotkania z „The Optimist” nie pozostawiają wątpliwości, że celem Anathemy jest nie mało oryginalna wspomnieniowość, ale pielęgnowanie współczesnego wizerunku przy użyciu dobrze znanych z ostatnich dokonań środków – przepełnionych pasją gitarowych melodii, pełnych emocjonalnego zaangażowania damskich i męskich wokali, fortepianowych fraz, post-rockowych gitarowych tekstur, orkiestrowych ekspozycji, podbijania rytmiki elektroniką. Bliższa znajomość z nowym albumem Anathemy jednak zdecydowanie pokazuje, że tym razem zespół charakterystyczne cechy swojej muzyki postanowił wykorzystać nie jako cel, a jako środek w kreowaniu nowego muzycznego uniwersum.

Materiał wypełniający „The Optimist” sprawia wrażenie świetnie dopracowanego, dopieszczonego, a przede wszystkim – jednorodnego pod względem klasy kompozycji. Wydaje się, że o ile zespół lubił środek ciężkości na niektórych wcześniejszych albumach wyraźnie ustalać w konkretnych punktach (weźmy choćby poprzedni krążek „Distant Satellites” z nagraniem tytułowym i potężnym utworem „Anathema”), to „The Optimist” został pomyślany jako zestaw w pewnym sensie równoważnych kompozycji. I jeśli takie właśnie było założenie, to udało się je spełnić w stu procentach. Album nie jest zbiorem satelitów krążących wokół pewnego opus magnum, ale kolekcją równie cennych muzycznych skarbów. Wciąż niezawodna skłonność Anathemy do łamiących serca melodii i dar tworzenia wyjątkowej atmosfery łączą się z tu wyraźną próbą rozepchania pewnych ram, chwycenia czegoś więcej, zwłaszcza pod względem aranżacyjnym. Choć płyta nie jest może tak mroczna, jak zapowiadano ją w materiałach promocyjnych, to jednak pewna, czasem dość naiwna szczerość braci Cavanagh, w wielu miejscach ustępuje miejsca swego rodzaju sekretności, niedopowiedzeniu, otwartości interpretacyjnej.

Ta swoista muzyczna prostolinijność Anathemy, tak dobrze zauważalna nie tylko na płytach, ale chyba przede wszystkim w występach na żywo, na nowym albumie została zrównoważona, jakby nieco okiełznana, może zdystansowana, ale – bez obaw – nie całkiem porzucona. Jest tu bardzo wiele tego, za co świat kocha „współczesną” Anathemę, ale i jest tu dużo więcej dobrego. Dla obu powodów zdecydowanie warto sięgnąć po tę wciągającą płytę. 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl