Marygold - One Light Year

Artur Chachlowski, Marygold - One Light Year

Można powiedzieć, że minęło 10 lat i nie zmieniło się nic. A właściwie to minęło 11 lat. Bo tyle właśnie czasu upłynęło od premiery debiutanckiej płyty włoskiej grupy Marygold pt. „The Guns Of Marygold”. Zmieniła się właściwie tylko jedna rzecz: teraz Marygold to zespół pięcioosobowy, bo do znanego z tamtego albumu kwartetu dołączył, a właściwie powrócił, bo działał on już w tym zespole przed kilkunastoma laty, basista Marco Adami. Lecz stylistycznie nie zmieniło się nic.

W małoleksykonowej recenzji debiutanckiej płyty chwaliłem grupę Marygold za tą romantyczną „regresywną” odmianę progresywnego rocka i w przypadku wydanego przed kilkoma dniami nowego albumu „One Light Year” muszę powiedzieć to samo. Zespół już dawno upodobał sobie klimaty a’la Genesis i swoimi nowymi kompozycjami nadal perfekcyjnie wpisuje się w styl, który przed kilkoma dekadami mistrzowie progresywnego gatunku wynieśli na szczyty popularności. Wokalista Guido Cavalleri obdarzony jest głosem będącym skrzyżowaniem młodego Fisha z wczesnym Peterem Gabrielem, a także – jeżeli ktoś pamięta - Federica Joosa z nieco zapomnianej już grupy Neuschwenstein. Keyboardzista Stefano Bigarelli zapatrzony (a właściwie zasłuchany) jest w Tony’ego Banksa, gitarzysta Massimo Basaglia wycina niesamowicie melodyjne łkające solówki, a perkusyjne przejścia Marco Pasquetto mają sporo wspólnego z finezyjną grą Phila Collinsa na tym instrumencie.

Tym wszystkim, co do tej pory napisałem, nie chciałbym jednak pozostawić takiego wrażenia, że Marygold to zespół, który skupia się jedynie na odtwarzaniu: a) klimatów znanych z płyt Genesis, b) cytowania samych siebie sprzed 11 lat. Co to, to nie. Marygold AD 2017 to zespół w pełni dojrzały i ukształtowany. Świadczą o tym dopracowane do najmniejszego szczegółu utwory wypełniające program albumu „One Light Year”. Szczególnie podobać się mogą dwa wycyzelowane do ostatniej nuty dwunastominutowe epiki „Lord Of Time” i „Spherax H2O”, które zachwycają swoim romantycznym muzycznym dramatyzmem. Przypominają się najlepsze czasy dla prog rocka. Krótsze utwory, acz posiadają bardziej piosenkowy charakter, z reguły zamykają się w czasowych granicach 6-7 minut i pod względem muzycznym też obdarzone są niezłymi, zapadającymi w pamięć melodiami. Ciepła ekspresja wokalna Cavalleriego nadaje im niesamowitego uroku…

„One Light Year” to bardzo udana płyta. Ucieszy ona tych słuchaczy, którzy ukochali sobie klasyczne progrockowe brzmienia, bez zbędnych współczesnych wtrąceń i niepotrzebnego silenia się na nowoczesność za wszelką cenę. Marygold gra po prostu swoje i czyni to w sposób bardzo przekonywujący. Na tyle przekonywujący, że płytę „One Light Year” śmiało można nazwać oceanem muzycznych przyjemności.

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl