Deafening Opera - Let Silence Fall

Artur Chachlowski, Deafening Opera - Let Silence Fall

Od pierwszej do ostatniej minuty mamy na tej płycie kalejdoskop różnorodnych nastrojów, rozciągających się od potężnych i chwytliwych riffów, po dźwiękowe soundscape’y splecione z soczystymi groove’ami. No i mamy też opowiedzianą historię. A więc to koncept album, co się zowie. Panie i Panowie, oto przed nami zespół Deafening Opera.

Po wydaniu dwóch płyt długogrających: „Synesteria” (2009) oraz „Blueprint” (2013) Deafening Opera powraca z albumem o zdecydowanie większym ciężarze gatunkowym, sporym ładunku emocjonalnym i z mnóstwem ciekawych elementów wpisujących się w szeroko rozumiane ramy neoprogresywnego rocka. Piszę o tym od razu, by wiadomo było do kogo adresowana jest to wydawnictwo. Pochodzący z Monachium muzycy nagrali konceptualny album, którego tematem przewodnim jest szeroko rozumiana ewolucja i postęp. Album, na którym dojrzałe brzmienia znane z poprzednich płyt zostały wzbogacone nowoczesnymi dźwiękami korespondującymi z charakterem bogato zaaranżowanych kompozycji (m.in. w finale jednego z utworów, „Amber Light”, można usłyszeć prawdziwie operową arię). Jest ich na tej płycie jedenaście. Wszystkie są umiejętnie powiązane ze sobą. Co więcej, słowa i muzyka łączą się na płycie „Let Silence Fall” w prawdziwą jedność.

Dzięki bardziej nowoczesnej, epickiej, a chwilami nawet symfonicznej realizacji, album „Let Silence Fall” brzmi niczym bogaty muzyczny gobelin utkany z pełnych emocji wokali (Adrian Daleore) i grzmiących gitarowych riffów (Thomas Moser, Moritz Kunkel) powiązanych z delikatniejszymi i finezyjnie wykonanymi partiami instrumentów klawiszowych (Gerald Marie) wzmocnionych dynamicznie pracującą sekcją rytmiczną (Christian Eckstein – bg, Konrad Gonschorek – dr). Długimi chwilami daje to niesamowity efekt epickiej teatralności. Niestety tego ładunku pozytywnych emocji nie starcza na całą płytę. Dlatego zauważyłem, że chwilami opada na niej napięcie, czyniąc całość wydawnictwem nierównym. A jeżeli już równym, to niestety utrzymanym nie na najwyższym (a chciałoby się tego bardzo) z możliwych poziomów.

Pokazując artystyczną dojrzałość oraz złożoność swojego brzmienia, Defeaning Opera nie tylko udowadnia, że jest sprawnie grającym zespołem, ale ma także ambicję pretendowania do miana mistrza epickiej opowieści. Czy jednak o płycie „Let Silence Fall” będziemy długo pamiętać? Co w pamięci zostanie nam z niej, dajmy na to, za 3-4 lata? Wydaje mi się, że „Let Silence Fall” nie jest niestety albumem z pokroju ponadczasowych, ale może się mylę? Uważam jednak, że mimo wszystko warto spróbować. Jest szansa, że muzyka grupy Deafening Opera odpowiednio kliknie i na dłużej zagości w Waszej świadomości.

MLWZ album na 15-lecie