Abraham, Lee - Colours

Artur Chachlowski, Abraham, Lee - Colours

To jedna z ostatnich ważnych progrockowych nowości płytowych AD 2017. O tym, że grupa Galahad przygotowuje na styczeń nowy album, nasi Czytelnicy doskonale wiedzą. Na płycie tej zespół przedstawi nowego gitarzystę. Będzie nim współpracujący już swego czasu z Galahadem (m.in. na pamiętnej płycie „Empires Never Last”), ale w roli basisty, Lee Abraham.

Na kilka tygodni przed ponownym debiutem w grupie Galahad, Lee Abraham zaprezentował swój solowy album. Nosi on tytuł „Colours” i znajdujemy na nim siedem utworów skomponowanych przez naszego bohatera, nagranych przez niego oraz zaproszonych gości, a zaśpiewanych przez kilku doskonale znanych w świecie progresywnego rocka wokalistów: m.in. Gary’ego Chandlera z grupy Jadis, Declana Burke’a z Frost*, Simona Godfreya z Tinyfish i Marka Atkinsona z Riversea…

„Colours” to już siódmy solowy album Abrahama. Poprzedni, „The Seasons Turn”, ukazał się półtora roku temu. I gdy przysłuchuję się im, to wydają mi się one bliźniaczo podobne. W ich nagraniu wzięli udział ci sami wokaliści i prawie to samo grono towarzyszących Abrahamowi instrumentalistów. Poza tym specyficzna konstrukcja obu albumów - kilka krótszych utworów (trzy na „The Seasons Turn” i aż sześć na „Colours”), obowiązkowa długa suita stanowiąca głównie danie całego albumu oraz kompozycja tytułowa umieszczona na samym początku – też wydaje się niemal identyczna. Wśród tych krótszych, nieco piosenkowych utworów, niemal każdy zagrany jest z AOR-owym zębem, a w niektórych przypadkach (jak np. w „Warning Sign”) są one głębokim ukłonem w stronę stylowego soft rocka lat 80. Progresywnych ortodoksów uspokajam, że jest tu też miejsce na bardziej progrockowe momenty (jak np. w „Find Another Way”).

Reasumując, nie ma na albumie „Colours” praktycznie żadnych zaskoczeń. No, może poza jednym wyjątkiem w postaci dość nietypowego zakończenia płyty. Otóż, śpiewany przez Gary Chandlera, trwający blisko kwadrans finałowy utwór „The Mirror Falls” wycisza się po około 10 minutach, by po kilkudziesięciu sekundach ciszy wystrzelić feerią niezwykle pięknych dźwięków, na czele których wyeksponowana jest długa i bardzo melodyjna gitarowa solówka w wykonaniu Lee Abrahama. To prawdziwy punkt kulminacyjny tej płyty i godne jej zakończenie. Szczerze mówiąc, bardzo liczę na równie wspaniałe solówki Abrahama na nowej płycie Galahadu…

MLWZ album na 15-lecie