Hamnesia - Metamorphosis

Artur Chachlowski, Hamnesia - Metamorphosis

Hamnesia to działający w Rzymie młody progresywno-rockowy zespół założony przez gitarzystę Lorenzo Dianę i wokalistkę Livię Montalesi. Oprócz nich w Hamnesii występują jeszcze: Giovanni Tarantino (perkusja), Matteo Bartolo (instrumenty klawiszowe) i Andrea Manno (gitara basowa).

Na płycie „Metamorphosis” z dobrym skutkiem udało im się stworzyć świeżą i chwilami eksperymentalnie brzmiącą muzykę, która wykracza poza typowe standardy progresywnego metalu, nie zatracając przy tym podstawowych aspektów tego gatunku. Ambicją Włochów jest nie tylko czerpanie z twórczości najważniejszych progresywnych zespołów metalowych ostatnich lat (takich jak Dream Theater, Haken i Porcupine Tree), ale takie granie, by osobiste inspiracje każdego z członków zespołu oraz pierwiastki zaczerpnięte z innych gatunków muzycznych (jak jazzu, klasyki, muzyki orientalnej, a nawet opery) tworzyły oryginalną mieszankę naznaczoną własnym indywidualnym stylem muzycznym, który ma szansę stać się czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym, czymś na kształt wyróżnika zespołu.

Czy na płycie „Metamorphosis” udało się zrealizować te ambitne plany? Najkrótsza odpowiedź brzmi… i tak, i nie. Tak, gdyż jest to album koncepcyjny, który opowiada o podróży w głąb ludzkiego umysłu, o lękach i niepewnościach, które paraliżują głównego bohatera, który jednak poprzez tytułową metamorfozę korzysta z możliwości przezwyciężenia strachu, a tym samym dokonuje niezbędnych zmian w swoim życiu. Koncept tyleż ambitny, co nieco pokrętny i zawiły. Również z muzycznego punktu widzenia. Dlatego też odpowiedź na postawione wcześniej pytanie brzmi też „nie”, bo dążenie do programowej oryginalności, wyjątkowości i niepowtarzalności, trochę jakby zaprowadziło Hamnesię na manowce. Zespół długimi chwilami brzmi jak mnóstwo innych (specjalnie nie wymienię tutaj nazw) prog/power metalowych grup. Co wcale nie znaczy, że brzmi źle. Ale jakiejś superoryginalności specjalnie też tu nie słyszę. Nawet w najlepszych (i najdłuższych) utworach na płycie – 10-minutowych kompozycjach „Noctudromos” oraz „Metamorphosis” zbyt wiele jest pierwiastków, które słyszało się już wielokrotnie na albumach innych wykonawców. Za mało tu ognia i powiewu świeżości, za dużo elementów sprawiających wrażenie, że ma się do czynienia z płytą skądinąd dobrą, ale zaledwie poprawną. Bez muzycznych fontann, wodotrysków i fajerwerków. Osobną sprawą jest wokalistka, a właściwie barwa głosu Livii Montalesi. Czy to mocny, czy też słaby element w zespole? – to oczywiście rzecz indywidualnych gustów. Niemniej, dlaczego tak jest, że ilekroć gdy słucham instrumentalnego nagrania „Fleeting Throne” to odnoszę wrażenie, że zdecydowanie wyróżnia się ono (pozytywnie!) na tle pozostałych kompozycji?

Niedawno Hamnesia poprzedzała na żywo koncerty legendarnej włoskiej formacji Banco del Mutuo Soccorso. Wydaje się, że wspólna trasa z tuzami włoskiej szkoły progresywnego rocka może tylko dopomóc temu młodemu zespołowi w zdobyciu szerszej popularności. Czy przekroczy ona granice kraju nad Tybrem? O tym zapewne przekonamy się już wkrótce. Zobaczymy czy muzyczna zawartość albumu „Metamorphosis” jest w stanie obronić się sama? Jeżeli tak, to wróżę tej płycie oraz grupie Hamnesia sporo sukcesów.

MLWZ album na 15-lecie