Gazpacho - Soyuz

Przemysław Stochmal, Gazpacho - Soyuz

Norweski Gazpacho należy do typu zespołów, które wyróżnia niezwykła wręcz konsekwencja w hermetycznym trzymaniu się dawno wypracowanej stylistyki. W jego konkretnym przypadku szczęśliwie jednak owo przywiązanie do pewnej dość ograniczonej estetyki potrafi iść w parze z całkiem interesującymi przejawami artystycznej wyobraźni, choć nie z każdym albumem grupie udawało się wykrzesać z niej możliwie najlepsze pomysły. Tak było choćby w przypadku poprzedniego albumu „Molok”, który wydawał się być stworzony zbyt pochopnie i relatywnie niezbyt ciekawy. Tymczasem, po najdłuższym w karierze, choć zaledwie niespełna trzyletnim okresie, ukazała się dziesiąta studyjna płyta Gazpacho, zatytułowana „Soyuz”.

Album, rzecz jasna, spełnia „warunek” kontynuacji wytyczonej artystycznej linii, jednak tym razem złapanie przez odbiorcę punktu odniesienia, wpisanie się w fale, na których nadaje zespół i zrozumienie idei albumu jako całości przychodzi może nie tyle łatwiej, co w sposób sprawiający słuchaczowi znacznie więcej przyjemności. Dotyczy to utworów wykazujących klasycznie piosenkowe inklinacje, jak i przede wszystkim fragmentów płyty, w których zespół, w charakterystyczny dla siebie sposób, eksponuje coś w rodzaju muzyczno-słownego strumienia świadomości.

Na płycie dominują jednak nagrania tej pierwszej kategorii. Zwarte, kompozycyjnie przewidywalne, niemniej dobrze przemyślane i sensownie ze sobą pozestawiane – szczególnie zwraca uwagę to, co nieco odmienne, a więc dynamiczna piosenka „Hypomania”, która, sięgając do bardziej ekspresyjnych, rockowych ciągot z pierwszych lat działalności zespołu, stanowi wyraźną odskocznię od piosenek budowanych za pomocą eterycznych, subtelnych środków czy niepokojących nastrojów.

Również bazując na zwrotkowo-refrenowej formule, zespół stworzył umieszczony w centralnym miejscu albumu, wykazujący progresywne ambicje, udany utwór „Emperor Bespoke”, lecz tak naprawdę to najdłuższy na płycie, trzynastominutowy „Soyuz Out” jest tu prawdziwą crème de la crème. Luźno oparty na „kosmicznym” lejtmotywie, zaskakuje dość nieoczywistym progresywnym przebiegiem, urzeka impresyjnym, sennym, nierzeczywistym przekazem. Gazpacho w najbardziej klasycznej, wyrafinowanej postaci - chciałoby się rzec. Nie zawsze Norwegom udawało się sprostać ambitnym, kilkunastominutowym założeniom, ale w tym miejscu zdecydowanie przypominają się najdoskonalsze momenty z ich dorobku, z „Tick Tock” na czele.

„Soyuz Out” to z pewnością wizytówka nowego albumu, choć zdecydowanie nie jedyny jego atut. Najnowsze dzieło Gazpacho to bowiem całkiem udana, równa płyta, którą grupa pokazuje, że oto znalazła się znów na fali wznoszącej swojej dość sinusoidalnej kariery, co zdecydowanie cieszy i pozytywnie nastraja przed zapowiadanym polskim występem na Ino-Rocku.

MLWZ album na 15-lecie