Reed, Alan - Honey On The Razor's Edge

Artur Chachlowski, Reed, Alan - Honey On The Razor's Edge

Trudno uwierzyć, że to już prawie 5 lat minęło od solowego debiutu byłego frontmana grupy Pallas, Alana Reeda (album „First In A Field Of One” ukazał się jesienią 2012 roku. Małoleksykonowa recenzja tutaj). No, ale gdy jest się na co dzień wziętym reporterem BBC, trudno się dziwić, że niełatwo jest znaleźć czas, by realizować swoje muzyczne pomysły. Niemniej jednak na bieżąco komponowany przez niego materiał tylko trochę przeleżał się w szufladzie, gdyż niedawno Alanowi udało się wreszcie zebrać swoich muzycznych przyjaciół w studiu i nagrać album, który może zaskoczyć (bardzo pozytywnie!) jego starych i nowych fanów.

Na płycie zatytułowanej „Honey On The Razor’s Edge” spotykamy m.in. kolegę Reeda z Pallas – keyboardzistę Mike’a Stobbiego, byłego perkusistę Pendragonu, Scotta Highama, gitarzystę Jeffa Greena, Claude’a Leonettiego z grupy Lazuli oraz grającego w jednym utworze na harmonijce ustnej… Steve’a Hacketta. Nowy album Reeda to rzecz zdecydowanie o wiele bardziej epicka i progresywniej brzmiąca niż jego poprzednia, po części akustyczna, płyta. Z pewnością ucieszy to słuchaczy, którzy dobrze wspominają jego występy z grupą Pallas. Co więcej, kilka utworów pamięta jeszcze czasy, kiedy Alan występował w tym zespole. Na przykład finałowe nagranie „Northern Light” pierwotnie miało znaleźć się na jednej z płyt Pallas, ale zostało ono odrzucone. Dopiero teraz Alan nadał mu odpowiedniego szlifu, zaprosił do chórków trzy śpiewające panie (Christinę Booth z Magenty, Monique Van Der Kolk z Harvest oraz Laetitię Chaudemanche z Weendo), które niczym legendarne Trio Bulgarka nadały tej kompozycji spektakularnego wymiaru, czyniąc tym samym z „Northern Light” prawdziwie epickie i bardzo podniosłe zakończenie płyty. A skoro mówimy już o epikach, to jest na „Honey On The Razor’s Edge” utwór autentycznie genialny i mający w sobie wszelkie znamiona przyszłego klasyka progrockowego gatunku. To dziewięciominutowa kompozycja „The Other Side Of Morning” – bez wątpienia jeden z najwspanialszych utworów, jaki kiedykolwiek wyszedł spod pióra Alana Reeda.

Zresztą o całej płycie trzeba wyrażać się w samych superlatywach. Pośród ośmiu wypełniających ją piosenek nie ma ani jednego słabszego utworu. Każdy z nich nie dość, że po prostu jest dobry, to jest też niesamowicie wyrazisty. Już od pierwszego słuchania dostrzegamy ogromną różnorodność i przeogromny potencjał tkwiący w każdej z nowych kompozycji Reeda. A przy tym każda z nich czymś zaskakuje, zadziwia, intryguje i zachęca do coraz lepszego poznania. A że płyta nie jest długa (trwa niewiele ponad 40 minut), to czyni się to z łatwością i dużą przyjemnością. Gdy dodamy do tego wszystkiego wysoki poziom wykonawczy (zachwycają przede wszystkim liczne solówki Stobbiego) oraz charakterystyczny, kompletnie nie do pomylenia z kimkolwiek innym, śpiew naszego bohatera, to mamy już komplet, przy którym wiadomo, że źle być nie może.

Otwierające płytę „Honey On The Razor’s Edge” nagranie „My Sunlit Room” zaskakuje na przykład rytmem nabijanym przez automat perkusyjny i syntezatorowym podkładem, co może sprawiać, że wydaje się, iż mamy do czynienia z muzyką wybitnie synthpopową. Ale to tylko kilka pierwszych taktów płyty, bo po chwili pojawia się mocarny gitarowy riff i nagranie to przeistacza się w niezwykle efektowny opener. Jako drugi pojawia się na płycie singlowy utwór „Razor” (zachęcam do oglądnięcia teledysku! – tutaj), w którym niespodziewana współpraca gitary i tabli powoduje, że przywoływany jest klimat nagrań Led Zeppelin, a w dodatku w końcowej części wchodzi jeszcze partia harmonijki w wykonaniu Steve’a Hacketta. Generalnie dużo tego rodzaju smaczków pojawia się na nowej płycie Reeda, co sprawia, że - jak już wspomniałem – poszczególne utwory stają się wyraziste i brzmią różnorodnie: od klimatycznej akustycznej ballady „Leaving” po pełne rozmachu „The Other Side Of The Morning” czy „Cross My Palm”. Tekstowo Reed także porusza się po dość rozległych terytoriach: od bardzo osobistych wynurzeń o przypadkowym spotkaniu na ulicy kogoś, kto kiedyś był dla ciebie ważny, a dziś w ogóle cię nie rozpoznaje w „Used To Be Someone” po tematy związane z coraz bardziej panoszącym się w Zjednoczonym Królestwie ekstremizmem doktryn religijnych i problemem uchodźców w „The Covenanter”.

Powiem szczerze, ta płyta do mnie przemawia. Jest ona zaskakująco dobra! Nie spodziewałem się po Alanie Reedzie tak udanego powrotu na progrockowe ścieżki. Wydawało mi się, że po opuszczeniu szeregów Pallas będzie on raczej próbować sił na bardziej popowym czy wręcz piosenkowym poletku (o tym poniekąd mogłaby świadczyć zawartość poprzedniej płyty). Tymczasem Reed przygotował album, który nawiązuje do najlepszych czasów jego macierzystej formacji i na którym śpiewa tak, że niejeden ze słuchaczy wyskoczy z butów. 

MLWZ album na 15-lecie
JooWeb.pl