KAT - Without Looking Back

Paweł Świrek, KAT - Without Looking Back

O tym albumie KATa (tego z Piotrem Luczykiem) słyszało się od dawna, że ma się ukazać, że będzie to znakomita płyta... Atmosfera została skutecznie podgrzana do czerwoności. No i wreszcie 14 czerwca br. nastała ta wiekopomna chwila – album „Without Looking Back” ujrzał światło dzienne w wersji CD (winyl ukaże się za około miesiąc).

Już wcześniej można było usłyszeć dwa utwory z tego wydawnictwa. Pierwszy – „Flying Fire”, do którego został zrealizowany teledysk, i drugi, niestety słabszy, „Black Night In My Chair”. W sumie na płycie otrzymaliśmy godzinę interesującej muzyki, ale czy aby na pewno jest to dzieło godne uwagi? W zasadzie płyta zachwyca jedynie gitarowymi brzmieniami. Co do reszty niestety mam mieszane uczucia. Pierwsza rzecz zdecydowanie na minus: fatalne brzmienie perkusji. Słuchając płyty na lepszej klasy sprzęcie okropnie to razi uszy słuchacza. Realizator nie popisał się. Spora część materiału nadaje się do słuchania w samochodzie, lecz płyta w zasadzie mnie osobiście nie powaliła. Sporo jest tu błędów aranżacyjnych typu szybkie wyciszanie, gdy utwór rozkręca się (albo jak wokalista w najlepsze rozkręcił się ze śpiewaniem – na przykład końcowe fragmenty utworu „More”). Na plus są pojawiające się gdzieniegdzie organy Hammonda, w innym momencie także inne klawisze, ale to też nie jest niczym nowatorskim, albowiem już na płycie „Ballady” całkiem udane partie klawiszy grał Józef Skrzek.

Na płycie znalazł się także monolog Henry Becka (wokalisty z płyty „Mind Cannibals”). Mocnym punktem są też dołożone organy Hammonda w końcowych fragmentach „Wild”, ale zabieg ten wygląda trochę dziwnie. Niby utwór się kończy, wchodzi gitarowa koda i nagle utwór ciągnie się dalej, gdyż na gitarowe delikatne brzmienie wchodzi Hammond. Zdecydowanie największe wrażenie robi zamykający płytę utwór „The Promised Land”. Zaczyna się delikatnie i akustycznie, po to, by w dalszej części wybuchnąć z wielkim impetem. Fakt, coś takiego było już w przeszłości zespołu („Łza dla cieniów minionych”), lecz tutaj otrzymaliśmy zupełnie inną melodię. Czy dorówna wspomnianemu klasykowi? Rzecz gustu. Poza akustyczną gitarą mamy też tutaj przepiękne skrzypce (co dowodzi, że gościnni muzycy stanęli na wysokości zadania).

Nowa płyta KATa, jak sugeruje tytuł, z dawnymi dziełami tego zespołu nie ma w zasadzie nic wspólnego poza nazwą i logotypem zespołu. Niektórzy twierdzą, że ten album nie powinien być sygnowany tą nazwą – coś w tym jest. Przede wszystkim brakuje tu charakterystycznego klimatu z dawnych płyt zespołu, ale jest jakaś odmiana. Dla kogoś, kto nie zna starszych dzieł KATa może to być całkiem dobra płyta, ale dla osób znających starsze wydawnictwa już niekoniecznie.

MLWZ album na 15-lecie