Gerard Wróbel (Perihellium) - wywiad

Artur Chachlowski, Gerard Wróbel (Perihellium) - wywiad

Artur Chachlowski: Co spowodowało tak długą przerwę w działalności Perihellium?

Gerard Wróbel: Rzeczywiście, przerwa była ogromna, wręcz skazująca muzykę i zespół na zapomnienie.
Można powiedzieć, że zespół dopadła brutalna rzeczywistość. Przerwa wynikła z kolei losu i niełatwych wyborów życiowych dokonanych przez muzyków pierwszego składu. Zespół to nie wszystko, przede wszystkim trzeba jakoś poukładać sobie życie zawodowe i osobiste. Niestety, te wybory były nie do pogodzenia z wymaganiami, jakie stawiało funkcjonowanie zespołu na tamtym etapie, który stale zwiększał swoje obroty.
Można powiedzieć, że to typowy scenariusz w obecnych czasach, gdy nie żyje się z pasji.

AC: Co robiłeś po wydaniu płyty „The War Machines”?

GW: Po wydaniu tej płyty zagraliśmy sporo koncertów jeszcze w starym składzie. Otwierały się dotąd zamknięte drzwi, możliwości, okazje, sypały się coraz poważniejsze propozycje. Mimo tego w połowie 2011r. machineria Perihellium zatrzymała się.
Dla mnie osobiście było to szczególnie dotkliwe, bo włożyłem dosłownie wszystko w ten zespół. Bardzo nie chciałem tego wszystkiego zostawiać i rezygnować. Chciałem by to nadal żyło. Nie byłem w stanie ponownie odpalić silników i przeskoczyć rzeczy, kompletnie niezależnych ode mnie. Jednocześnie nie wyobrażałem sobie dalszego grania z kimś innym.

Ta sytuacja przybiła mnie do tego stopnia, że przez kilka lat nawet nie dotykałem gitary.

Dopiero w 2014r. z pomocą gitarzysty Szymona Kaczmarka, dość szybko zmontowaliśmy drugi skład. Przed nowymi muzykami stało niełatwe zadanie zmierzenia się z dotychczasowym dorobkiem zespołu oraz poprzednikami. Uważam, że cel został osiągnięty znakomicie. Perihellium ruszyło ponownie z koncertami. Okazało się, że nadal sporo osób pamięta tę muzykę, a zmiany personalne zostały przyjęte ze zrozumieniem.
W drugim składzie Perihellium przetrwało do 2017r. To był super okres, zawdzięczam mu swoje ponowne, muzyczne i kreatywne przebudzenie.

W tym czasie zacząłem uczyć gitary, co w późniejszym czasie zaowocowało powołaniem do życia mojej własnej szkółki gitarowej, która do dzisiejszego dnia świetnie się rozwija i daje mi poczucie ogromnej satysfakcji. Robię to, co kocham, przekazuję swoją wiedzę dalej i przy okazji sam się rozwijam jako gitarzysta.

GerardAC: Jak przebiegały prace nad nową płytą? Czy możesz wyjaśnić znaczenie tytułu?

GW: Dwa nowe utwory skomponowałem już w 2016. Nie udało się z nimi ruszyć z drugim składem. Było to na tyle frustrujące, że dalej postanowiłem działać sam, nauczony poprzednimi doświadczeniami o nietrwałości składów i tym jak kończy się uzależnianie swojej bytności od innych.
Tytuł „Prototype” idealnie oddaje warstwę liryczną głównej opowieści na płycie oraz moje zmagania z jej realizacją. Wszystko tu było eksperymentem, którego efektów nie mogłem do końca przewidzieć. Zdecydowałem się na współpracę z muzykami sesyjnymi, co też rozciągnęło sam etap nagrywania poszczególnych instrumentów na prawie 2 lata. Trzeba było dostosować się do funkcjonowania Zed Studio, w którym zdecydowałem się nagrywać, oraz ustawić się w dość długiej kolejce.
Eksperymentem i jednocześnie największym wyzwaniem było nagranie przeze mnie wokali. Zdecydowałem się na ten krok, bo nikt inny nie chciał się podjąć tego zadania. To był mój ostatni krok nad przepaścią.
Założenie było proste – szlifuję partie przez pół roku, jadę do studia, nagrywamy. Jeśli wyjdzie średnio, nijako, sesja pójdzie do skasowania, a ja wrócę do domu. Wyszła jednak całkiem OK, więc została na albumie, a tym samym ja sam zadebiutowałem jako wokalista. Sama praca nad albumem składała się z kilku etapów. Pierwszym był etap kompozycyjny. To dla mnie było swoiste pole bitwy i polowanie, a przy okazji układanie w głowie głównych opowieści, scen, całej struktury albumu, oraz mnóstwa smaczków, które chciałem tam umieścić. Po prostu uwielbiam ten etap, kiedy inspiracje spadają na mnie jak płatki śniegu. Drugi etap to sesje nagraniowe instrumentów. Tu byłem już zaprawiony w bojach i wiedziałem dobrze jak mam się do nich przygotować. Znałem też wymagania studia oraz system pracy Tomka Zalewskiego. Krótko mówiąc – to była orka.

Trzeci etap to mix i mastering. To chyba najbardziej żmudny etap, w którym poleruje się kompozycje na błysk. Tu szło bardzo sprawnie, choć wcale nie bez przeszkód.

AC: Czy nowy album to koncept?  O czym opowiadasz w swoich utworach?

GW: Album „Prototype” jest konceptem na swój bardzo charakterystyczny sposób. Jego główną myślą przewodnią jest rozprawa o nieśmiertelności, jaka jest jej cena, jak różnie postrzegamy życie i śmierć, oraz jakie mogą być konsekwencje działań ludzkości jako całości.
Album spajają historie trzech bohaterów przewijających się również przez dwie poprzednie płyty. Są to Redd, Sol i Djinn. Każdy z nich jest nieśmiertelny w inny sposób. Na płycie opowiadają swoje historie, opisują świat, w którym żyją, próbując zrozumieć, dlaczego tu są i jaki jest ich cel. Są to trzy różne równoległe wszechświaty, w których ludzkość doprowadziła do trzech różnych scenariuszy:
- Zagłady – o tym opowiada Sol w „Enemy:Unknown” i „Termination”,
- Kolejnej formy zniewolenia – opowieść Djinna w „Prototype: Day One” i „Cyborgization”
- Wyzwolenia – opowieść Redda w „Prelude to the Storm”, „Rain” i „Storm and Lights”

AC: Kto pomagał Ci w nagraniach?

GW: Do sesji „Prototype” za perkusją zasiadł Seweryn Błasiak – perkusista z którym nagrałem dwa poprzednie albumy. Bas nagrał Piotr Tokarz z reaktywowanego drugiego  składu.

Gościnnie zaprosiłem również Krzysztofa Walczyka i Kubę Dębskiego do stoczenia ze mną pojedynków solówkowych. Macie okazje je usłyszeć w utworach „Rain” i „Prototype: Day One”. Oprócz nich, swój mały, klawiszowy wkład do utworu „Cyborgization” ma Vincent Venoir.

AC: Czy jest szansa na powrót do działalności koncertowej? Jakie masz plany na przyszłość?

GW: Trzecią płytę chciałem wypuścić tylko jako projekt studyjny, ale nie minęło dużo czasu jak zatęskniłem za sceną.
Coś więcej o personaliach i przyszłości koncertowej będę mógł powiedzieć dopiero po serii prób z kilkoma świetnymi muzykami. Cel jest, plan także. Realizacja w toku. Efekty? Czas pokaże.

Gerard 2AC: Perihellium jest obecne na polskiej progmetalowej scenie już od ponad 10 lat. Jaki moment uważasz za najważniejszy? Twój największy sukces?

GW: W tym pytaniu zawarta jest bardzo trafna odpowiedź, z której można wyprowadzić cały wywód – Perihellium JEST... To miejsce, w którym spełniam się artystycznie, gdzie moja wyobraźnia jest niczym nieograniczona, gdzie doświadczam inspiracji z bardzo wielu źródeł, gdzie zamykam w historie najważniejsze dla mnie wartości, przeżycia i doświadczenia.
To dla mnie błękitny ocean, cały, wielki wszechświat, którym chciałbym się dzielić i do którego Was serdecznie zapraszam.
To jest dla mnie absolutnie najważniejsze i uważam ten stan bycia i trwania Perihellium za mój osobisty sukces.
W życiu nauczyłem się jeść małą łyżeczką, cieszyć się z tego, co otrzymuję, z drobnostek, ulotności chwil. Czasem czekając na wielkie szanse, wielkie zmiany nie dostrzega się tych pozornie małych i nieznaczących, a to one potrafią zmienić całą trajektorię lotu.

AC: Czego obecnie słuchasz najchętniej i najczęściej?

GW: Ostatnio coraz częściej mam potrzebę, by stanąć w biegu, wyciszyć się. Słucham czasami ambientu, muzyki klasycznej, filmowej, uwielbiam delikatne brzmienie fortepianu.
Oczywiście są momenty, gdy mam potrzebę dowalenia do pieca, wtedy leci Slipknot, Division By Zero, Animations czy Gojira.

AC: Dziękuję za rozmowę.

MLWZ album na 15-lecie