D Project

Amplifier - Echo Street

Artur Chachlowski,

ImageZespół Amplifier miałem okazję już dwukrotnie oglądać na żywo. Było to w katowickim Spodku w 2011 roku oraz rok później w Klubie Studio przed koncertem Anathemy. Wtedy przekonałem się do ich alternatywnego gitarowego brzmienia, które bardzo spodobało się zarówno mnie, jak i wielu uczestnikom ich występu.  Potwierdzeniem tego było spore zainteresowanie ich płytami, które można było nabyć po koncercie na ich stoisku. Z tym większym zainteresowaniem, po sukcesie płyty „Octopus”, czekałem na ich najnowszy album „Echo Street”, który został wydany przez wytwornię KScope.

Czwarta płyta w dotychczasowej dyskografii tego zespołu z Manchesteru przynosi pewne zmiany w składzie. Do grupy dołączyli Steve Durose (g, v) i Alexander „Magnum” Redhead (bg). Ich obecność ma spory wpływ na brzmienie najnowszego krążka. Bo to trochę inna płyta niż poprzednie…

Słuchanie albumu rozpoczynamy od utworu „Matmo”. Pięknie wprowadza nas on w świat muzycznych poszukiwań Amplifier. Spokojny wokal, delikatne gitary i pobrzmiewające w tle klawisze nastrajają słuchacza odpowiednio i uchylają przed nim maleńki fragment tego, co czeka w kolejnych kompozycjach.

Drugie nagranie, „The Wheel”, rozpoczyna się tajemniczymi przesterowanymi dźwiękami. To wyraźny ukłon w stronę psychodelicznych klimatów. Sekcja rytmiczna, w tym pulsujący bas i punktująca perkusja (Matt Brobin), przyozdobiona melodyjnie grającą gitarą Sela Balamira tworzy narkotyczny rytm tego utworu. I w dodatku ten niesamowity śpiew… Całość przykuwa uwagę i wprowadza w trans. Od pierwszego odsłuchania tego albumu ta kompozycja trafiła do mnie bez chwili zawahania. Myślę, że nie tylko na mnie tak podziałała.

Kolejny utwór to „Extra Vehicular”. To najdłuższe nagranie z tej płyty rozwijające się z każdą kolejną minutą, nabierające ostrzejszych gitarowych riffów, porażające swym zmiennym nastrojem, tworzące alternatywną ścianę dźwięków – zaznaczam, bardzo ciekawą. Zespół wie jak wzbudzać wspaniałe emocje i jak wstrząsnąć odbiorcą, by pod koniec znowu zagrać spokojnie, dać odetchnąć od tego pozornego nadmiaru dźwięków.

W zbliżonym klimacie nagrano „Where The River Goes”. Mamy tu trochę gitarowych sprzężeń, które nadają tej kompozycji mocnego rockowego kopa. Wiosna, choć nie kalendarzowa, lecz ta muzyczna, którą słychać w nagraniu „Paris In The Spring”, zawiera w sobie chłodne, jak i energetyczne, budzące nas do życia melodie. Ten utwór wzrusza i przygnębia zarazem. Pokazuje jak bardzo różnorodna potrafi być twórczość Amplifier.

Akustyczne gitary, które słyszymy w „Between Today & Yesterday” kojarzą mi się z nagraniami słynnej „czwórki z Liverpoolu”. Do tego w tle mamy miłe chórki i przewijające się ładne melodie. Tak, niewątpliwie coś jest w tym brzmieniu z tamtej szalonej ery The Beatles.

Tytułowy kawałek „Echo Street” diametralnie zmienia nastrój wyczarowany w poprzednim nagraniu. Skumulowana energia rozładowuje się poprzez gitarowe struny i zagęszczoną formę wykonania, która niczym erupcja wulkanu gwałtownie wyrzuca do atmosfery materiał wulkaniczny. W tym przypadku do naszych uszu docierają przeróżne „wulkaniczne”, głównie gitarowe, dźwięki.

Ostatnia kompozycja, która znalazła się na tym nielimitowanym wydaniu, to „Mary Rose”. Bardzo tajemnicza, na początku spokojna, słyszymy w niej ujarzmione dźwięki, które z czasem ożywiają się i do głosu dochodzą mocniejsze zagrywki sekcji rytmicznej oraz gitary - tak właśnie dynamicznie ewoluuje muzyka z najnowszego krążka Amplifire. Warto też zwrócić uwagę na harmonijne wokale, których tu nie brakuje zarówno w tej finałowej kompozycji, jak i na całej reszcie płyty. Niewątpliwie potęgują one pozytywne wrażenia w trakcie słuchania tego udanego albumu. 

MLWZ album na 15-lecie