Windmill, The - The Continuation

Artur Chachlowski,

ImageO długiej i zawiłej drodze, jaką członkowie grupy The Windmill musieli pokonać zanim doprowadzili do wydania debiutanckiej płyty „To Be Continued…” (2010) można, a nawet trzeba, przeczytać w małoleksykonowej recenzji tamtego albumu. Zakończyłem ją tymi słowami: Proces wydawania płyty trwał tak długo, że w zespole nie ma już Svena Hjalmara Borgena (dr) i Benta Jensena (g). W ich miejsce w aktualnie The Windmill działają odpowiednio: Sam Arne Nøland i Erik Borgen. To oni zajmą się teraz kontynuacją tak wspaniale zapoczątkowanego na tej płycie dzieła i to oni będą odpowiedzialni za tytułowy „ciąg dalszy”. Prawdę powiedziawszy, już nie mogę się doczekać.

Na szczęście tym razem okres od nagrania materiału do wydania go na płycie nie trwał aż 10 lat. I zgodnie z tytułem, na „The Continuation” mamy do czynienia ze spójnym i konsekwentnym pociągnięciem muzycznych wątków zapoczątkowanych przez Norwegów na albumie „To Be Continued…”.

Uczciwie powiem, że wydany przed trzema laty debiutancki album wciąż robi na mnie spore wrażenie. Z artystycznego punktu widzenia bronił się on w dniu premiery, ale też doskonale broni się i dzisiaj. Niestety, The Windmill nie dostał się pod skrzydła żadnej renomowanej wytwórni, która włożyłaby choć odrobinę wysiłku w odpowiednie wypromowanie jego muzyki. To jedyny powód, dla którego nazwa tej grupy wciąż pozostaje anonimowa, nawet w kręgach najbardziej oddanych fanów progresywnego rocka. I jest to bardzo niesprawiedliwe. Bowiem w przypadku grupy The Windmill oraz jej obu albumów mamy do czynienia z jednym z najciekawszych zjawisk na scenie współczesnego prog rocka. Nowa płyta dowodzi, że mamy oto przed sobą wciąż nie do końca odkryty muzyczny skarb. Mam cichą nadzieję, że niniejszy tekst sprawi, że po muzykę tego norweskiego zespołu sięgnie przynajmniej kilku nowych fanów dobrej muzyki. Muzyki przez duże M. Zapewniam, ktokolwiek rozglądnie się i włoży odrobinę wysiłku w posiadanie płyty „The Continuation”, nie zawiedzie się.

Nie zawiedzie się, bo na albumie tym spotykamy wszelkie najlepsze pierwiastki i wzorce, z którymi kojarzy się szkoła skandynawskiego progresywnego rocka. No tak, jest coś takiego w tej muzyce, że od razu ma się niemal stuprocentową pewność, że wykonuje ją zespół pochodzący z Norwegii. Magia? W rzeczy samej. Tak istotnie jest!

Album rozpoczyna się od trzyminutowego nastrojowego wstępu „…Continuation”. To ewidentne nawiązanie do zakończenia płytowego debiutu The Windmill. To sygnał, że jesteśmy tu, gdzie rozstaliśmy się przed trzema laty. Że ciąg dalszy nastąpił, że wraz z zespołem kontynuujemy wspólną wędrówkę po krainie magicznych dźwięków. W tym krótkim instrumentalnym wstępie ton nadają trzy osoby: keyboardzista Jean Robert Viita, gitarzysta Erik Borgen oraz flecista Morten Clason. Chwilę później, gdy rozpoczyna się pierwsza epicka kompozycja „The Masque”, do tego grona dołącza przyjemny wokal Mortena Clasona (główne linie melodyczne śpiewa Jean Robert Viita, ale na płycie słychać też głosy właśnie Mortena Clasona oraz Erika Borgena) oraz świetnie prezentująca się sekcja rytmiczna: Arnfinn Isaksen (bg) - Sam Arne Nøland (dr). Ci dwaj ostatni grają dość oszczędnie, a zarazem bardzo w stylu „retro”. Nadaje to muzyce The Windmill bardzo przyjemnego, ciepłego i z lekka „archaicznego” brzmienia rodem z wczesnych lat 70. Ten wielowątkowy utwór rozwija się we wspaniały sposób, co rusz któryś z instrumentów przejmuje wiodącą rolę: a to odzywają się organy Hammonda, a to rozlega się solówka na gitarze akustycznej (zwracam uwagę na nową twarz w zespole: Stig André Clason to bardzo uzdolniony i niesamowicie kompetentny gitarzysta), a to pałeczkę na kilka minut przejmuje soczyste solo na elektrycznej gitarze, a to wokalista pociągnie całość świetnie zaśpiewanym melodyjnym refrenem… Bardzo przyjemny to utwór. Bardzo dużo (dobrego!) się w nim dzieje i nawet nie wiadomo kiedy mija 12 minut. Ale nie ma się co zastanawiać, bo już jesteśmy przy nagraniu nr 3. „Not Alone” to kolejny zgrabny epik utrzymany w stylu retro prog. Rozpoczyna się on od urokliwych dźwięków fletu, po chwili następuje subtelna interakcja ze strony gitary, a wszystko to osadzone jest w gęstych plamach syntezatorowych dźwięków i lekko pulsującego rytmu. Wreszcie rozlega się wokal i… od razu porwani jesteśmy na głębokie, acz spokojnie wody muzycznego oceanu. Ten mocno przesycony nutką zadumy i nostalgii utwór przenosi odbiorcę w zupełnie inny wymiar, w świat wyobraźni, w rozległą krainę kolorowych muzycznych marzeń. Zostajemy stamtąd wyrwani przez kolejne nagranie – „Giant Prize”. I tu niespodzianka! To ewidentna wyprawa w stronę… muzycznych Karaibów. The Windmill i reggae?! Też byłem tym zdziwiony. Na szczęście nagranie to trwa zaledwie trzy minuty i z bólem muszę przyznać, że to najsłabsze trzy minuty na płycie. Jednakowoż stanowi ono stylistyczny kontrast w stosunku do rozpoczynającej się zaraz po nim przewspaniałej 25-minutowej suity „The Gamer”. I jest to prawdzie magnum opus w wydaniu The Windmill. To nie tylko najważniejsza kompozycja na płycie, ale zarazem to szczytowe osiągnięcie w dorobku zespołu. Przepiękna, przesycona akustycznymi i elektrycznymi dźwiękami suita mieni się feerią barw, paletą magicznych dźwięków, zmieniających się (ślicznych!) melodii, konsekwentnie budowanego nastroju, niezwykłych partii instrumentalnych oraz ciepłego głosu wokalisty. Czają się tu echa muzyki Camel, The Alan Parsons Project, a z młodszej generacji słyszymy pierwiastki znane z płyt Areny i Anekdoten, a z jeszcze młodszej – skandynawskich „ziomali” The Windmill – grup Moon Safari oraz Introitus. Suita „The Gamer” to prawdziwie muzyczne mistrzostwo świata. Zdecydowanie najmocniejszy punkt programu albumu „The Continuation”, choć całej reszcie utworów, no może poza „Giant Prize”, też niczego nie brakuje.

Nie ma co ukrywać, płyta „The Continuation” udała się Norwegom i pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie zniknie ona w tłumie tegorocznych niezależnych produkcji spod znaku progresywnego rocka. Dlatego namawiam wszystkich czytających te słowa progresywnych marzycieli i romantyków: nie zwlekajcie ani chwili. Nie czekajcie, aż ktoś (bo niby kto???) poda Wam na tacy to wydawnictwo. Sięgnijcie po nie sami, odwiedźcie zespół The Windmill na jego stronie internetowej, zaopatrzcie się w jego najnowsze dzieło i nacieszcie swoje uszy tymi magicznymi dźwiękami. Jestem pewien, że nie tylko nikt się nie zawiedzie, ale radości będzie co niemiara.

MLWZ album na 15-lecie