Submarine Silence - There's Something Strange In Her Little Room

Artur Chachlowski,

ImageDla niewtajemniczonych ważna informacja: Submarine Silence to nazwa grupy, na czele której stoi znany m.in. z Moongarden, a także ze swojej działalności solowej (niedawno przedstawiliśmy w Małym Leksykonie jego album pt. „AtiQua”) włoski muzyk Cristiano Roversi. Omawiany dzisiaj album o nieco przydługim tytule „There’s Something Very Strange In Her Little Room” jest drugim, po wydanym w 2001 roku albumie, dziełem w dorobku tego zespołu. Pamiętam, że na okładce debiutanckiej płyty Submarine Silence wydrukowany był cytat z Tony’ego Banksa: „Jeżeli zbyt długo myślisz nad tym, czym zajmujesz się i koncentrujesz się nad tym zbyt mocno, to sprawy stają się coraz trudniejsze. Najlepsze rzeczy powstają, gdy pozwolisz im rozwijać się w sposób naturalny”. I myślę, że te słowa pianisty Genesis są doskonałym punktem wyjścia do niniejszej recenzji.

Otóż, „There’s Something…” to album wręcz przesycony genesisowską stylistyką, pastelowymi dźwiękami instrumentów klawiszowych (melotron, fortepian, minimoog), chwilami wręcz dosłownie przypominający brzmienia a’la Genesis z drugiej płowy lat 70. Rozwiązania są proste, melodie niezbyt skomplikowane, aranżacje wcale nie jakoś szczególnie wyszukane, a muzyka zachwyca swoją naturalnością. Właściwie od samego początku słucha się tej płyty tak, jakby był to album, który znamy dobrze już od wielu, wielu lat. Ba, nie tylko znamy, ale i lubimy, gdyż utrzymany jest dokładnie w takim stylu, który zawsze ceniliśmy za jego przejrzystość i naturalną prostotę. Nie ma tu wielkiego kombinowania. Pojedyncze dźwięki w naturalny sposób łączą się w melodie, a te grane są przez zespół w zachwycający sposób. Nie ma tu sampli ani dźwiękowych dogrywek. Słyszymy żywe, analogowe, ciepłe i lekko swingujące brzmienie. Jak na starych płytach Genesis. Całość podzielona jest na 14 stosunkowo krótkich, połączonych ze sobą utworów tworzących jedną nierozerwalną całość. Opowiada ona o tajemniczych przygodach małej Rebeki, które opisał i tekstami poszczególnych piosenek opatrzył Antonio De Sarno.

Cristiano Roversi do nagrania tej płyty zaprosił nie byle jakich artystów. Z grupy Moongarden wyciągnął gitarzystę Davida Cremoniego, z formacji Mangala Vallis perkusistę Gigi Cavalli Cocchiego, z zespołu Catafalchi Del Cyber - Mirko Ravenoldiego (gitary) oraz Matteo Bertoliniego (bas), a za mikrofonem ustawił Rickiego Tonco - pamiętanego z dawno niesłyszanej grupy Theatre. Towarzystwo to nagrało bardzo przyjemny album, który chciałbym polecić wszystkim sympatykom muzyki Genesis, a także sympatykom tzw. „włoskiej szkoły progresywnego rocka”. A na dowód tego, że Roversi i spółka za wzór do naśladowania przyjęli sobie twórczość Tony’ego Banksa, w formie bonusu zamieścili na samym końcu płyty własną wersję nagrania zatytułowanego „Lion Of Symmetry”, które swego czasu na płycie „Soundtracks” tak pięknie zaśpiewała Toyah Wilcox.

MLWZ album na 15-lecie