Ritual - The Hemulic Voluntary Band

Artur Chachlowski,

ImageZ tą płytą jest tak, że za pierwszym razem nie podobała mi się ani trochę. Za drugim przesłuchaniem odkryłem w niej pewne intrygujące fragmenty, a za podejściem trzecim – słuchałem jej już ze sporym zaciekawieniem. Jednym zdaniem: ta płyta narasta przy bliższym poznaniu.

Nowy album szwedzkiego zespołu Ritual nie jest z pewnością albumem na wskroś wybitnym. Ale ma on w sobie coś, co nie pozwala przejść obok niego obojętnie. Zespół, który zawsze słynął z umiejętnego łączenia pierwiastków rockowych, folkowych, a także awangardowych (muzyka świata, jazz rock) na swoim nowym krążku pokazuje, że nie ma w tej dziedzinie sobie równych.

Płyta „The Hemulic Voluntary Band” składa się jakby z dwóch części. Każda z nich trwa niespełna pół godziny. Część pierwsza to pięć stosunkowo krótkich, 5-6-minutowych utworów, a część druga to jedna wielka suita zatytułowana „A Dangerous Journey”. To rozbudowane dzieło już samo w sobie jest wielkim wydarzeniem w dyskografii grupy Ritual. Zaczyna się ono od blisko 10-minutowej sekwencji akustycznej, w której królują brzmienia kreowane przez dwunastostrunowe gitary, bouzuki, mandoliny, akordeony i skrzypce. Po tym atmosferycznym fragmencie dołączają się instrumenty elektryczne i klimat całości gęstnieje od coraz to nowych dźwięków, układających się w fajne melodie. Dzieje się to w bardzo naturalny i płynny sposób. W trakcie trwania suity akustyczne i elektryczne pierwiastki przeplatają się ze sobą, powracają też pewne motywy słyszane we wcześniejszych fragmentach płyty. Zespół przez cały czas demonstruje swoje ogromne możliwości zarówno instrumentalne, jak i wokalne (ciekawe „dialogi” Patrika Lunstroma i Jona Gamble). Całość nabiera dzięki temu bardzo „wiosennego”, lekkiego charakteru nasyconego powiewem naturalnej muzycznej świeżości.

Co ciekawe, na płycie „The Hemulic Voluntary Band” bardzo dobrze prezentują się krótsze utwory. Każdy spośród nich zasługuje na osobną wzmiankę. Każdy reprezentuje sobą coś nowego, ciekawego, interesującego. „In The Wild” na przykład posiada w sobie coś z tytułowej dzikości i nieokrzesania, wręcz muzycznego szaleństwa utrzymanego w dobrym, klasycznym art rockowym stylu. „Waiting By The Bridge” to beztroska i radosna piosenka. Bohaterką „The Gnoke” jest tytułowa postać mająca wiele wspólnych cech z genesisowskim Squonkiem. W tym niezwykłym utworze robi się mroczno i aż duszno od gęstego klimatu, którym zespół niespodziewanie przybliża się do stylistyki Anekdoten. „Late In November” to akustyczna ballada o bajkowej atmosferze z delikatnymi partiami fletu, gitar i akordeonu. Natchniony wokal idealnie oddaje tu eteryczny nastrój przemijania, nadchodzącej zimy, chłodu, smutku i żalu. Słychać to w każdej nucie wyśpiewywanej przez Lundstroma. Tu mała dygresja. Słuchając tej płyty wielokrotnie zadawałem sobie pytanie dlaczego Ritual na swojej płycie brzmi tak jakoś dziwnie znajomo? No bo w muzyce, którą słyszymy na „The Hemulic Voluntary Band” jest trochę wspomnianego już wcześniej Anekdoten, jest odrobina White Willow, jest też trochę Moon Safari, lecz najwięcej jest Kaipy. Długimi chwilami wydaje się nawet, że oba te zespoły stylistycznie najwyraźniej przybliżają się do siebie. I chyba nie jest to wyłącznie kwestią tego, że w obu tych formacjach równolegle działa ten sam wokalista, lecz to wynik pewnej naturalnej ewolucji brzmieniowej, i to zarówno Kaipy, jak i Rituala. Kaipa po odejściu Roine’a Stolta nabiera coraz bardziej folkowego charakteru, a Ritual na swojej płycie coraz bardziej kładzie nacisk na typowe rockowe rozwiązania, wpisując się w mocną reprezentację współczesnych szwedzkich zespołów tworzących solidną szkołę prog rocka ze Skandynawii.

Na koniec kilka słów o otwierającej płytę (i zarazem jednej z moich ulubionych na tym krążku) kompozycji tytułowej „The Hemulic Voluntary Band”. To dość ostry, rockowy numer o sporym ładunku emocjonalnym, a zarazem pewny kandydat na potencjalny przebój i utwór – wizytówkę zespołu. Połamany rytm i polifoniczne rozwiązania wokalne dają w sumie bardzo ciekawy efekt, a z pozoru nerwowe melodyczne linie canto i refrenu szybciutko zapadają w pamięć. Swój przedziwny tytuł wziął on od cyklu opowiadań o Muminkach autorstwa Tove Jansson. Zresztą słowa większości utworów nawiązują do twórczości tej fińskiej pisarki. Ochotnicza orkiestra Hemulinków to taki radosny zespół przygrywający marsze podczas ważnych uroczystości mieszańców Doliny. To zupełnie tak samo jak zespół Ritual. Na swojej nowej płycie też gra on swoją radosną muzykę z pogranicza prog rocka i folku dla grona swoich coraz liczniejszych sympatyków. Po tym albumie gromadka ta powiększy się na pewno. 

                                               

MLWZ album na 15-lecie