McCartney, Paul - Egypt Station

Przemysław Stochmal, McCartney, Paul - Egypt Station

Jak długo może utrzymywać się równa, solidna forma, owocująca ciekawą premierową muzyką? Ile lat, ile dziesięcioleci można tworzyć nowe, znakomite piosenki o bogatym kolorycie, pełne pogody i niesłabnącego rockandrollowego ducha? Jest taki artysta, który od lat udowadnia, że jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytania się nie da, jako że sam nie ustaje i nie słabnie w takim właśnie prowadzeniu swojej bajecznej kariery. Paul McCartney, bo o nim mowa, wydał właśnie swój osiemnasty solowy album, „Egypt Station”.

Być może to dość trywialne określenie, ale sam autor tak właśnie widzi program swojej najnowszej płyty – jako podróż pociągiem pomiędzy „stacjami” reprezentowanymi przez poszczególne piosenki. Przystanki to, przyznać trzeba, urokliwe i, jak na McCartneya zresztą przystało, bardzo różnorodne. Mistrz w wysmakowanej produkcyjno-aranżacyjnej formie raczy wszelakimi nastrojami, do jakich przyzwyczajał przez lata, z oczywistymi reminiscencjami muzyki The Beatles na czele. W skrzętnie ułożonym programie płyty przeplatają się rzeczy mogące zadowolić sympatyków rockowego pazura, akustycznej sielanki, bluesowych odjazdów, fortepianowych refleksji czy roztańczonego popu. Co przy tym najistotniejsze, „Egypt Station” nie polega na autopastiszu, możliwie najdalej jej od wrażenia sędziwości czy zwykłej żenady, jak również stroni od dojmującej i nachalnej refleksyjności, cechującej muzykę niejednego rówieśnika eks-Beatlesa, mimo że on sam w wielu miejscach, między wierszami chętnie snuje wspomnienia dzieciństwa, wspomnienia ojca i mądrości płynącej z jego słów.

Upiększeniem całego tego barwnego zestawu jest niespodzianka, jaką Paul zostawił na sam finał albumu. „Despite Repeated Warnings” i „Hunt You Down/Naked/C-link” to dwie złożone, wielowątkowe kompozycje, przywołujące oczywiste skojarzenia ze słynnym zamknięciem „Abbey Road” czy piosenką „Band On The Run”; dwa solidne utwory wskazujące, że kompozycyjne ambicje Mistrza potrafią wybiegać również i poza piosenkowy schemat. Znamienna jest zwłaszcza koda drugiego z nich, a więc i zamknięcie całej płyty - „C-link”, czyli bluesowy gitarowy monolog McCartneya, wspierany unisono orkiestracją. To dość niespodziewane instrumentalne zwieńczenie albumu ma zdecydowanie symboliczne znaczenie, dające się odnieść do całej płyty, całej aktualnej działalności McCartneya, który sam, nawiązując do pracy nad tym utworem podkreśla, że wciąż czuje niezwykły dreszcz i przyjemność z podłączania gitary do wzmacniacza, możliwie mocnego podkręcania głośności i po prostu zagrania gitarowej partii. Taka właśnie jest ta płyta, taki właśnie jest On – robiący to nadal, w wieku 76 lat, właśnie z miłości do muzyki. Dlatego jest to tak autentyczne i wciąż brzmi porywająco.

Paul McCartney, jak zresztą większość artystów jego pokolenia i doświadczenia, od lat nie promuje nowych płyt poprzez obszerne czerpanie z ich programu, co nie może dziwić choćby z uwagi na oczekiwania widowni łasej na przeboje z repertuaru The Beatles, Wings i kariery solowej artysty. Nie ulega jednak wątpliwości, że wysoka forma twórcza prezentowana na „Egypt Station” może zwiastować i wysoką formę koncertową – o czym w grudniu będzie można się przekonać w krakowskiej Tauron Arenie.

MLWZ album na 15-lecie