Anekdoten - Gravity

Artur Chachlowski,
ImageAż cztery lata przyszło nam czekać na nowy album grupy Anekdoten. Ale warto było. Ten długi okres oczekiwania zrekompensowany został doskonałym materiałem wypełniającym nowy krążek tego czołowego zespołu rodem ze Szwecji. Sięgając pamięcią wstecz wydaje mi się, że zaledwie na palcach jednej ręki można policzyć aż tak udane art rockowe powroty, jak w przypadku albumu „Gravity”.

"Gravity” to z wielu względów przełomowa płyta w karierze Skandynawów. Do tej pory Anekdoten utożsamiany był często z najwcześniejszym wcieleniem King Crimson i ze stylistyką, którą Robert Fripp porzucił w połowie lat 70-tych po raz pierwszy rozwiązując swoją macierzystą formację. Z czym zatem do tej pory kojarzono Anekdoten? Z ciężkim brzmieniem, pełnym gęstych partii melotronu, wyrazistego basu, podkreślanym czarownymi dźwiękami wiolonczeli. Z mrocznymi nastrojami, surowym brzmieniem perkusji i typowymi dla King Crimson karkołomnymi gitarowymi łamańcami. Taki styl zaprezentował zespół na wydanym w 1993r. płytowym debiucie „Vemod” i od razu do Anekdoten przylgnęła etykietka „karmazynowego klonu”. Muzyka z tego albumu okazała się wówczas zupełnym zaskoczeniem. I to zarówno dla krytyków, jak i publiczności. Wszakże nikt wtedy, łącznie z reaktywującym się po raz kolejny King Crimson nie potrafił w sposób tak udany wywołać ducha legendarnych kompozycji pokroju „Moonchild”, „I Talk To The Moon”, czy „In The Court Of The Crimson King”. Doskonała jakość muzyki proponowanej przez młody szwedzki zespół zdecydowanie przyćmiła łatwo dostrzegalne oznaki naśladownictwa, dlatego nikogo nie dziwił fakt, że w krótkim czasie Anekdoten zyskał sobie w progresywnym światku sławę zespołu kultowego. Pozycję tę zespół ugruntował wydając w 1995r. kolejną płytę pt. „Nucleus”. Pod wieloma względami była ona niemal bliźniaczo podobna do swojej poprzedniczki. Brakło jednak w jej przypadku pewnego elementu zaskoczenia, dzięki któremu dwa lata wcześniej udało się grupie Anekdoten tak skutecznie zaistnieć w świadomości wyznawców kultu Karmazynowego Króla. Podsumowaniem pierwszego okresu działalności był koncertowy album „Live In Japan” (1998), którego wydanie należy odnotować głównie ze względów kronikarskich. Nie wniósł on bowiem wiele do ogólnego, dobrze już znanego muzycznego image’u zespołu. Niemniej dał on licznym sympatykom grupy pojęcie o tym, że ich ulubieńcy na scenie wypadają znakomicie, profesjonalnie, wręcz pierwszorzędnie.

Dość szybko ukazała się kolejna studyjna płyta. Album „From Within” (1999) nieco podzielił fanów. Anekdoten zaprezentował na niej zdecydowanie mniej melodyjne utwory, pełne częstych zmian tempa i chwilami pełne niemal kakofonicznych eksperymentów. Przypominało to mniej więcej to, co King Crimson zaprezentował na albumie „Vroom”, czy później na „Construcktion Of Light”. Jedni dostrzegli w tym oznakę rozwoju grupy, inni – zbędne naśladownictwo i niepotrzebną ucieczkę w krainę mało przyjaznych dla ucha klimatów.

Krytyczne przyjęcie albumu „From Within” dało zespołowi do myślenia. W muzyce, jak i w życiu, najważniejsza jest sztuka wyciągania odpowiednich wniosków. Jan Erik Liljestrom (b,v), Niclas Berg (v,g, mel), Anna Sofi Dahlberg (mel, v, piano) oraz Peter Nordins (dr, mel, wibrafon) postanowili zrobić sobie dłuższą przerwę, by teraz, po czterech latach powrócić płytą „Gravity”. Od razu trzeba przyznać, że przerwa zdecydowanie wyszła zespołowi na dobre. Anekdoten powraca ze świeższym obliczem i znacznie odmienionym brzmieniem. Zespół jest teraz bardziej stonowany, zadumany, klimatyczny. Jakby tuż po zaczerpnięciu ogromnego życiodajnego haustu świeżego powietrza, gotowy do lotu nad nowymi obszarami, jakby wbrew prawu grawitacji, ciągnącemu zespół na stare, kiedyś już przetarte ścieżki. Na „Gravity” Anekdoten jawi się nam jako zespół bardziej oryginalny, z rozsądnie przemyślanym nowym brzmieniem. Nie ma już mowy o jednoznacznych odniesieniach wprost do muzyki King Crimson. Bez zbędnej potrzeby rozbierania poiszczególnych kompozycji wypełniających tę płytę na czynniki pierwsze można śmiało stwierdzić, że jest ona najbardziej przystępnym dziełem w dorobku Anekdoten. Dość blisko jej do tego, co stosunkowo niedawno zaprezentował inny szwedzki zespół Opeth na, skąd inąd, równie zaskakującym albumie „Damnation”. Swoim klimatem przybliża się ona też do niektórych nagrań z płyty „How To Measure A Planet” holenderskiego The Gathering. Nie znaczy to wcale, że „Gravity” wypełnia jakiś wtórny materiał. Zdecydowanie nie. Anekdoten skutecznie odnalazł własną wizję umiejętnego kreowania pięknych melotronowych nastrojów. Nic dziwnego, przecież aż trzech członków zespołu gra na tym instrumencie. Kolejnym istotnym elementem jest pozbycie się z instrumentarium wiolonczeli. I choć nigdy nie ukrywałem mojej słabości do umiejętnego wykorzystania instrumentów smyczkowych w muzyce rockowej, to muszę przyznać, że zabieg ten przyniósł grupie Anekdoten zdecydowanie pozytywne skutki. Na nowej płycie Anekdoten nie ma już pewnego rodzaju koturnowatości, czy niepotrzebnego patosu. Królują za to prostota, melancholia i akustyczne brzmienia. Mniej tu „King Crimsonu”, a więcej „Pink Floydu” z okresu psychodelicznej „Ummagumy”. Innym nowym zjawiskiem jest rezygnacja z usług wokalnych Anny Sofi Dahlberg. Jej głos słyszalny jest właściwie zaledwie w jednym utworze „SW4” i to w duecie z Janem Erikiem. Za to wokalnie zaczął udzielać się  Niclas Berg, który po przyjęciu nazwiska żony nazywa się teraz Barker. Nic nie szkodzi, że na „Gravity” jest mniej wokalu Anny. Wykorzystano za to bezbłędnie jej zdolności instrumentalne. To ona obsługuje większość instrumentów klawiszowych, które stanowią o sile odmienionego brzmienia zespołu. Ta radykalna zmiana aranżacyjna jest kolejnym wyróżnikiem nowego materiału grupy Anekdoten. Dojrzałość, prostota i nastrój – te elementy królują na „Gravity”. Zespół gra już nie tylko głośno i precyzyjnie. Gra inaczej, oryginalniej, atmosferycznie, po swojemu… A w dodatku chyba jako jedyna obecnie istniejąca melotronowa formacja doskonale wie jak odpowiednio wykorzystać ten niełatwy, acz stwarzający ogromne pole do popisu, instrument. Świetnie słucha się całego albumu. I to począwszy od pierwszego na płycie utworu „Monolith”, poprzez niesamowite i kto wie czy nie najciekawsze na całym albumie nagranie zatytułowane „Ricochet”, poprzez delikatne „War Is Over”, mroczne „What Should But Not Die”, tajemnicze i tętniące jednostajnym rytmem „SW4”, tytułowe, pełne rozmachu „Gravity”, nieomal akustyczne „The Games We Play”, aż po finałowe, stanowiące swoistą codę i wykorzystujące motywy słyszalne już w „Monolith” instrumentalne nagranie „Seljak” (po serbsko – chorwacku oznacza to „wieśniak”). Tych 8 utworów składa się na 46 minut muzyki. Muzyki intrygującej, hipnotycznej, zmuszającej do myślenia, wciągającej niczym narkotyk.

Muzyczne propozycje Anekdoten zawsze były adresowane do wymagających słuchaczy. Jednak albumem „Gravity” poprzeczka zawieszona tak wysoko poprzednimi wydawnictwami, nieoczekiwanie znalazła się jeszcze wyżej. Bez zbędnego angażowania nowych muzyków i instrumentów, bez niepotrzebnych zmian personalnych, bez żadnej rewolucji Anekdoten przeobraził się w wyrazisty i niesamowicie dojrzały zespół. A uczynił to w najznakomitszy z możliwych sposobów: nie zatracając swoich dotychczasowych walorów, wypracował nowe elementy, które z optymizmem każą patrzeć nie tylko na karierę samego albumu „Gravity”, ale i całą muzyczną przyszłość zespołu.

MLWZ album na 15-lecie