Camel - A Nod and a Wink

Artur Chachlowski,
ImageNowa płyta  tak słynnego zespołu, a więc nowe ogromne oczekiwania… Spotęgowane tym, że  zespół Andy Latimera obchodzi w tym roku 30 rocznicę swojego istnienia. Zapewne zechciał przygotować z tej okazji album specjalny, niezwykły, jedyny w swoim rodzaju. I tak w istocie się stało. Chociaż to nowy materiał, to brzmi zaskakująco znajomo. Świadczy to o tym, że Camel już dawno dorobił się własnej formuły na rock progresywny, własnej marki z charakterystycznym, łatwo rozpoznawalnym brzmieniem. I bardzo dobrze, bo tak wspaniałych albumów, jak „A Nod And A Wink” chciałoby się słuchać jak najczęściej i jak najwięcej...

Camel nagrał ten album w składzie, który wykrystalizował się tuż po wydaniu poprzedniej studyjnej płyty „Rajaz” (1999), a potem okrzepł w trakcie światowej trasy promującej to wydawnictwo. Jego możliwości poznać można było już na ubiegłorocznym koncertowym wydawnictwie „The Paris Collection”. Oprócz genialnego lidera i postaci numer 1 w zespole Andy Latimera (v,g,fl) i jego wieloletniego współpracownika Colina Bassa (bg) w aktualnym składzie Camela mamy kanadyjskiego klawiszowca Guya LeBlanca (znanego z formacji Nathan Mahl) oraz perkusistów Denisa Clementa i Terry Carletona. „A Nod And A Wink” jest pierwszym studyjnym albumem nagranym w tym zestawieniu, ale to przecież nic nowego w 30-letniej historii grupy. Latimer przyzwyczaił nas do częstych zmian personalnych w swoim otoczeniu. Na szczęście nigdy nie miało to negatywnego wpływu na działalność zespołu i jakość prezentowanej przez niego muzyki. I chociaż w istocie rzeczy Camel nigdy osiągnął statusu grupy z  najwyższej półki, nigdy nie osiągnął też zawrotnej popularności, to przecież dorobił się stabilnej, wysokiej pozycji wśród ogromnej rzeszy oddanych fanów. Camel to zespół, który dojrzewa przez lata. Z albumu na album jego muzyka staje się coraz bardziej wycyzelowana, wypolerowana, precyzyjna. Słuchając kilku ostatnich płyt zespołu można odnieść wrażenie, że tej precyzji jest chwilami  odrobinę za dużo. Płyta „A Nod And A Wink” kojarzy mi się pod tym względem z albumem „The Division Bell” grupy Pink Floyd. Tak jak i tam wszystko wydaje się na niej  precyzyjnie przemyślane i przewidywalne. Nie ma tu miejsca na niespodziewaną improwizację, czy jakikolwiek element zaskoczenia. Zatem co powoduje, że nowe dzieło Camela to album wybitny, wspaniały i -  nie boję się tego słowa - ponadczasowy? By odpowiedzieć na to pytanie spróbujmy szczegółowo prześledzić jego muzyczną zawartość.

Już otwierająca całość partia fletu staje się wskazówką jaki to będzie album, jakiej muzyki należy się na nim spodziewać. W tytułowym „A Nod And A Wink” czujemy leniwą atmosferę letniego wieczoru, słyszymy parowóz odjeżdżający z jakiejś małej prowincjonalnej stacji. Do fletu dołącza niski, ciepły głos Latimera, który snuje opowieść o dziecku leżącym w łóżeczku tuż przed zaśnięciem. To pierwsza z historii o chłopcu – bohaterze płyty, które będą się przewijać w kolejnych utworach. Utwór początkowo rozwija się łagodnie niczym kołysanka, by po chwili wybuchnąć z  niesamowitą energią, przechodząc na zmianę przez lżejsze i mroczne pasaże. To długi (11 minut), ale jakże doskonały początek tej niezwykłej płyty.

Z kolei „Simple Pleasures” to niesamowicie spokojne nagranie, przepełnione licznymi charakterystycznymi dla twórczości zespołu pierwiastkami: łkającą gitarą, cudownym solo na bezprogowym basie, delikatną perkusją, słychać tu nawet tablę. A potem nagłe dynamiczne uderzenie w struny gitary i prześliczna solówka Latimera, tym razem o lekko bluesowym zabarwieniu. To niewątpliwie jedna z najbardziej smakowitych ballad w całym repertuarze grupy Camel.

Spokojny klimat króluje w kolejnym utworze. „A Boys’s Life” znowu ma spokojny początek. Wokal i akustyczna gitara przygotowują miejsce pozostałym instrumentom. Utwór opowiada o wiejskim chłopaku i jego wspomnieniach o letnich zabawach i  przygodach. Mamy tu taką folk-rockową atmosferę, w której na czoło wybija się swoisty „minimalizm” brzmienia zespołu. Zaledwie 2-3 gitarowe akordy potrafią wykreować niepowtarzalny klimat. Latimer udowadnia, że nie trzeba być muzykiem grającym najszybsze i najbardziej karkołomne solówki, by być uznanym za najlepszego gitarzystę na świecie. Naprawdę świetny to utwór, myślę, że to jeden z przyszłych „wielbłądzich” klasyków.

W utworze „Fox Hill” Latimer odrobinę mnie zaskoczył. Ten Brytyjczyk z krwi kości od blisko 20 lat mieszka przecież w Kalifornii, ale jeszcze chyba nigdy nie nagrał tak bardzo „angielskiego” utworu. Nawet śpiewa on tu z niesamowicie mocnym wyspiarskim akcentem. No i sama opowieść jest na wskroś brytyjska. Mówi ona o ceremoniale pogoni za lisem. Historia snuta jest z punktu widzenia lisa – przewodnika gromady zwierząt. Za nimi na koniu podąża nasz chłopiec przemierzający porośnięte wrzosami łąki i lasy. Muzyka idealnie oddaje klimat pogoni. Wszystko to podane jest w taki sposób, że wiemy, że to zabawa. Zarówno dla chłopca, jak i dla lisa. Nie o to chodzi, by go złapać... Liczy się zabawa, frajda, tradycja...

W „The Miller’s Tale” powracamy do melancholijnej natury Wielbłąda. Ponownie czujemy gęstą atmosferę późnego lata, niemalże oddychamy wiejskim powietrzem. Znowu gitara i głos Latimera są tu na pierwszym planie. Ale swoje „trzy grosze” dokłada tu zdecydowanie Guy LeBlanc. Fenomenalna orkiestracja tego tworu, chóry i partie instrumentów dętych wyczarowane z jego syntezatorów nadają tej krótkiej piosence nowego wymiaru. Wspaniale słucha się tego utworu i pewnie żałowalibyśmy, że po zaledwie 3 minutach to już koniec, gdyby nie następująca zaraz po nim porywająca kompozycja „Squigely Fair”. To utwór z rodzaju tych, do jakich Camel przyzwyczaił swoich sympatyków na wielu poprzednich płytach. Jest to jedyne na całej płycie nagranie instrumentalne, chociaż mniej więcej w jego połowie słyszymy głos konduktora zapraszającego na pokład i zachęcającego do kupna biletów. Na prom? Na statek? Na pociąg! Na pociąg do Squigely, gdzie co tydzień odbywa się jarmark. I z każdej pojedynczej nutki tego nagrania do naszych uszu dociera rozgardiasz wiejskiego targu. Tu zapieje kogut, tam atmosferę handlujących tłumów odda gra instrumentalistów.... Piękne, bardzo udane nagranie.

No i mamy wreszcie finał płyty. Nagranie „For Today” zainspirowane jest tragedią 11 września ubiegłego roku. To podniosły hymn, rozwijający się od delikatnych fortepianowych dźwięków, aż po rozbudowane, wielopiętrowe partie gitarowe. Jakież to wspaniałe, pompatyczne i podniosłe zakończenie albumu. Aż ciarki przechodzą po plecach...

Nie ukrywam, że zawsze czułem pewną słabość do muzyki grupy Camel. Dlatego obawiam się, że być może niniejsza recenzja nie była na wskroś obiektywna. Ale nie mogę użyć innych słów określających płytę „A Nod And A Wink”, niż  „wybitna”, „ponadczasowa”, „niepowtarzalna”, „genialna”... Bo taka naprawdę jest ta muzyka. Czasem boli mnie krytyka pod adresem właśnie takich wykonawców takich jak Camel, że podobno są oni za bardzo konserwatywni, za mało poszukujący, za bardzo zapatrzeni w przeszłość. Camel to zespół, który dzięki talentowi, charyzmie i  konsekwencji  Andy Latimera dorobił się własnej formuły prezentowania progresywnej muzyki. I swoją nową płytą dowodzi, że w przeciwieństwie do „eksperymentujących” i „poszukujących” grup, to właśnie on najlepiej opiera się próbie czasu. I jest jak dobre wino. Z roku na rok Camel staje się coraz lepszy, a jego kolejne albumy są coraz bardziej smakowite. Nie bez przyczyny nowa płyta nosi tytuł „A Nod And A Wink” („Skinienie, mrugnięcie”). Jest ona takim porozumiewawczym puszczeniem oka do licznych sympatyków zespołu. Puszczeniem oka do przeszłości, do minionych 30 lat. Bo na krążku tym mamy ogromną ilość muzycznych odniesień do starszych nagrań. Jakich? Tego nie zdradzę. Niechaj każdy fan „wielbłądziej” muzyki odkryje to sam. Wtedy satysfakcja będzie jeszcze większa.

Na koniec wypada podziękować grupie Camel za tak wspaniały prezent, jaki podarowała nam na swoje 30-lecie. I pogratulować tej okrągłej rocznicy. W imieniu licznej rodziny sympatyków muzyki tej grupy pozwolę sobie złożyć jubileuszowe życzenia: niech takich rocznic i tak cudownych płyt, jak „A Nod And A Wink” będzie jeszcze dużo. Jak najwięcej!

MLWZ album na 15-lecie