D Project

Cairo - Time of Legends

Artur Chachlowski,
ImageGdyby w jednym zdaniu trzeba było określić ten rodzaj muzyki, to najszybciej nasuwają się porównania z triem Emerson Lake And Palmer skrzyżowanym z Kansas i przyprawionym pierwiastkami twórczości Queensryche oraz Dream Theater. To wszystko  w gęstym, pikantnym sosie muzycznej intensywności, która nie daje słuchaczowi ani chwili wytchnienia.

Tak pisaliśmy na łamach MH w 1995 roku o debiutanckiej płycie grupie Cairo, pochodzącej z okolic Zatoki San Francisco, a więc prawdziwego progresywnego zagłębia Stanów Zjednoczonych. To tutaj działają i nagrywają swoje płyty zespoły Shadow Gallery, Magellan, Enchant, czy Dream Theater. Wydany przed 6 laty debiutancki album narobił sporo zamieszania w świecie progresywnego rocka. Podkreślano wtedy  niepowtarzalne walory zespołu takie, jak ciekawy głos Breta Douglasa, bogate i pomysłowe wykorzystanie instrumentów klawiszowych przez Marka Robertsona, czy niepodważalny profesjonalizm gitarzysty Aleca Fuhrmana i perkusisty Jeffa Brockmana. Basista Rob Fordyce również obsypywany był pochlebnymi recenzjami, ale wkrótce opuścił on zespół, a  schedę po nim tuż przed nagraniem drugiej płyty przejął Jamie Browne. Powróćmy jeszcze do  debiutu grupy Cairo. To, co najbardziej urzekło słuchaczy i krytyków po obu stronach oceanu to wokal oraz fenomenalne brzmienie syntezatorów i organów Hammonda. To prawda, że duet Bret Douglas – Mark Robertson to dwa najsolidniejsze filary grupy, stanowiące o jego oryginalności i cechach tak bardzo odróżniających ją od innych wykonawców z kręgu progresywnego rocka. Niesamowita ilość energii, melodyjność poszczególnych kompozycji, piękne wielopiętrowe harmonie wokalne, a nade wszystko częste zmiany tempa to główne elementy muzyki Cairo. Zespół prezentował się na swoim pierwszym krążku rewelacyjnie. I to od pierwszych chwil instrumentalnego utworu „Conception” po pełen zmian nastrojów prawdziwy epik  w postaci 22 minutowej kompozycji „Ruins At Avalon’s Gate”.

Trzy lata później zespół Cairo wydał kolejną płytę „Conflict And Dreams” i ugruntował swoją wysoką pozycję. To album jeszcze dojrzalszy, jeszcze piękniejszy, na którym znajdujemy dwie świetne kilkunastominutowe suity „Western Desert” oraz „Valley Of The Shadow”. Ale wszystkich słuchaczy zachwyciło przede wszystkim nagranie „Then You Were Gone” z niesamowicie tętniącym rytmem, arabskimi motywami, z którego aż kipiała nerwowa i tajemnicza atmosfera rozpalonych słonecznym żarem marokańskich uliczek.

No i oto w tych dniach na rynku pojawia się kolejne wydawnictwo zespołu Cairo. Nowy, premierowy album „Time Of Legends”. Niby zasadniczo nic się nie zmieniło, zespół ten sam, ci sami muzycy, ta sama atmosfera i unoszący się w powietrzu duch muzyki tria ELP. Niby wszystko bez zmian, niby wszystko w porządku, ale...na płycie tej jakby czegoś brakowało. Całość dość niespodziewanie, bo bez żadnego instrumentalnego wstępu  rozpoczyna się od utworu „Underground”. Nagły, niespodziewany początek i oto wokalista Bret Douglas wraz z resztą muzyków pracują od razu na najwyższych obrotach. Po około trzech minutach następuje ciekawe złamanie melodii, fajnie brzmi gitara akustyczna, a potem rozlega się soczysta gitarowa solówka, z której z kolei wyłania się długie solo na Hammondzie. Sporo dzieje się w tym utworze, gęsto, może chwilami za gęsto jest w nim od różnych instrumentalnych fajerwerków. Momentami mamy wrażenie, że nie nadążamy za zespołem. Jako druga na nowej płycie Cairo pojawia się kompozycja „The Prophecy”. Od pierwszych chwil słychać, że mamy do czynienia z utworem o epickim rozmachu, którego wstęp brzmi niczym ścieżka dźwiękowa do jakiegoś filmu science fiction. Wszechobecne syntezatory,  a przede wszystkim tętniący Hammond przywodzi na myśl słynne dzieło „Tarkus” grupy ELP. Potężne uderzenia bębnów wyznaczają nerwowy rytm  tej bardzo udanej kompozycji. W pewnym momencie pojawia się jazzująca gitara, przez chwilę czujemy się, jakbyśmy słuchali muzyki fusion, lecz nagle wszystko się uspokaja, następuje zdecydowane zwolnienie tempa, pojawia się delikatny klawesyn i prześliczna  linia wokalna.. To chyba najciekawszy utwór na całej płycie, który w swym finale znów wybucha feerią barw, dźwięków i przecudownym solo na klawiszach. Tym razem najbliższym skojarzeniem jest nie Keith Emerson, a Tony Banks z Genesisu. Nagranie nr 3 to krótki przerywnik w postaci niespełna trzyminutowej instrumentalnej miniaturki „Scottish Highland”. Delikatne dźwięki klawiszy, niby – fletów, ładna melodia, jakby z zupełnie innej bajki, jakby całkowicie wyjęta z kontekstu, nie pasująca do nastroju reszty płyty. Takie swoiste interludium, albo i wstęp do nagrania „You Are The One”, które znowu rozpoczyna się niespodziewanie od partii wokalnej. Utwór ten rozwija się bardzo powoli, majestatycznie, ale z sekundy na sekundę ciśnienie wzrasta. Znowu ładna, wpadająca w ucho melodia, intrygujące klawisze i...koniec. Nagle, niespodziewanie, za szybko... W chwili, gdy tak bardzo chciałoby się, żeby nagranie to rozwinęło się w długi  monumentalny epik zupełnie bez sensu dobiega ono końca. Stanowczo za szybko. Szkoda. Następnie mamy kolejny utwór instrumentalny „Cosmic Approach”. To chyba wynik jakiegoś eksperymentu. Kompozycja z intensywnym brzmieniem perkusji i szalejącymi to w lewym, to w prawym kanale klawiszami. Daje to efekt podobny to genesisowskich „Wot Gorilla?”, czy „Do The Neurotic”. Zresztą na całej płycie „Time Of Legends” grupie Cairo jakby coraz bliżej do stylistyki grupy Genesis, szczególnie jeśli chodzi o pewne rozwiązania instrumentalne, czy   aranżacyjne. Przyznam szczerze, że mimo wszystko nie jest to mój ulubiony fragment płyty. I też kończy się on za szybko. Dokładnie  w takim momencie, kiedy dopiero zaczyna się rozkręcać. Nagranie szóste to „Comig Home”. Znów niespodziewany początek. Dwa uderzenia perkusji i od razu wokal. Bez wstępu, bez instrumentalnego podkładu, bez niezbędnego przygotowania. Po raz trzeci ten sam zabieg. Sprawia to wrażenie, jakby niektóre skąd inąd ciekawe kompozycje nie były do końca dopracowane. Przecież aż prosi się o to, by taka muzyka płynęła dostojnie, była ramą, w którą wpisywałyby się partie wokalne. A szkoda, bo z każdą minutą atmosfera tego utworu gęstnieje i dzieje się w nim cała masa pięknych muzycznych zdarzeń. No i mamy wreszcie finał albumu – kompozycję „The Fuse”. Najpierw jazzujący wstęp, który przypomina mi osobiście słynne jazz rockowe produkcje Stanleya Clarke’a. Dość skomplikowany to utwór, brzmi on niczym emersonowska przeróbka tematów Ginastery, Janacka, czy Prokofjewa. I wreszcie koniec płyty: bardzo pompatyczny, orkiestralny, monumentalny. Nastaje cisza. Czujemy się jakby odrobinę zmęczeni. A to niedobry przecież znak. Następnie patrzymy na zegarek: minęły zaledwie trzy kwadranse. Bardzo krótka to płyta. Nie ma na niej długich kilkunastominutowych minisuit. Niezbyt wiele ładnych melodii. Jest królujące niemal bez przerwy jazz rockowe brzmienie wzbogacone potężną dawką klawiszy. W sumie album  „Time Of Legends” jest zatem  pewnym rozczarowaniem. Chociażby z tego względu, ze nie jest kolejnym krokiem  do przodu w stosunku do na przykład „Conflict And Dreams”.  Jest nie tak wycyzelowany, nie tak dokładnie dopracowany, nie do końca przemyślany. Pewne muzyczne wątki są tu niepotrzebnie porzucane, za dużo tu muzyki instrumentalnej, za mało prób jeszcze lepszego wyeksponowania ciekawego wokalu. Za dużo tu pozornych fajerwerków, czasami para niepotrzebnie idzie w gwizdek. Na szczęście są też i dobre strony. Największym atutem tego albumu jest jego niesamowity nastrój i techniczna perfekcja wykonania. Także doskonała produkcja i ciekawe aranżacje. Widać, że zespół ma ogromną klasę. Gdyby tylko panowie zechcieli nieco lepiej dopracować swoje utwory i nadać im nieco inny kształt. Myślę jednak, że nowa płyta grupy Cairo może  rozgrzać krew w żyłach niejednego miłośnika ambitnej muzyki. Bowiem Cairo z dużym wyczuciem, a co najważniejsze z powodzeniem łączy współczesną technologię zapisu dźwięku z duchem muzyki starych, dobrych lat 70. Dlatego mimo wszystko polecam ten album słuchaczom poszukującym intrygujących muzycznych wrażeń i  nietuzinkowych rozwiązań aranżacyjnych.

MLWZ album na 15-lecie