Jethro Tull, Closterkeller - Warszawa, 04.05.2000

Artur Chachlowski,

            Miał to być szczególny dzień. Jeden z takich, na które czeka się z niecierpliwością i mocnym biciem serca. Słoneczny, upalny czwartek. Pierwszy dzień po „najdłuższym weekendzie nowoczesnej Europy”. W pracy sporo spraw, które spiętrzyły się po długim świętowaniu. Jakby tego było mało w radiowych komunikatach doniesienia o kolejnych uroczystościach z okazji Dnia Strażaka i Święta Hutników. Po południu na stadionie przy ulicy Reymonta moja ukochana Wisełka ma rozegrać ważny mecz z Polonią. A na przeciwległym biegunie perspektywa miłego wieczoru w stolicy. I koncert Jethro Tull. Nie wahałem się ani chwili: jadę do Warszawy! 4 godziny na zatłoczonej szosie pomimo żaru lejącego się z nieba minęły niczym jedno mrugnięcie oka. Wreszcie po przedarciu się przez korki pomiędzy Jankami, a centrum Warszawy znalazłem się przed Salą Kongresową. Od razu zaimponowała mi ilość wolnych miejsc parkingowych w okolicy Pałacu Kultury i Nauki. W porównaniu z wiecznie zakorkowanym Krakowem robi to naprawdę spore wrażenie. Potem łyk zimnej coli w przemiłym towarzystwie w kawiarni przyległej do amfiteatru. A chwilę później romantyczny spacer po warszawskich Łazienkach. W tym samym wspaniałym towarzystwie. Wreszcie kilka minut przed 2000 powrót do Sali Kongresowej, trochę niepokoju w sercu i...początek koncertu.

Closterkellera nie widziałem. Wiem jednak, że z pewnością nie mógł dorównać przepięknym Łazienkom. Ale już w pierwszej chwili, gdy zaledwie z kilkuminutowym opóźnieniem  na scenie pojawili się muzycy z Jethro Tull wiedziałem, że oto rozpoczyna się prawdziwe muzyczne misterium. Koncert rozkręcał się z minuty na minutę. Po raz kolejny okazało się, że Ian Anderson to showman najwyższej klasy potrafiący dozować napięcie w niezwykle precyzyjny sposób. Towarzyszący mu muzycy, a szczególnie gitarzysta Martin Barre i perkusista Doanne Perry nie ustępowali mu ani trochę. Wiadomo  przecież, że  Jethro Tull to zespół złożony ze starych rockowych weteranów. Wiedzą oni dobrze kiedy podkręcić tempo, a kiedy zaskoczyć lirycznym akcentem. Obdarzeni są też niezwykłym poczuciem humoru. Potrafią kpić zarówno z otaczającej nas rzeczywistości, jak i z samych siebie.  Nie sposób było nie roześmiać się z zakończenia „pojedynku”, który Anderson wypowiedział fletowi w finale jednego z utworów. Pojedynek zakończył się oczywiście porażką lidera Jethro Tull, który wydał z siebie rozpaczliwe ostatnie  tchnienie. Nie sposób było nie zaśmiać się w trakcie choreograficznych popisów duetu Andrew Giddings (k) – Jonathan Noyce (b) podczas utworu „Fat Man” dedykowanemu przez Andersona wszystkim sympatykom obfitych lunchów. Gdy w trakcie jednej z „piosenek z lasu” na scenie, jak gdyby nigdy nic pojawił się dwumetrowy zając, na widowni nie było nikogo, kto nie pokładałby się ze śmiechu. Gdy zamiast prawdziwego dźwięku dzwona rozległ się niespodziewanie sygnał aparatu komórkowego Anderson spokojnie podjął rozmowę tłumacząc wyimaginowanemu rozmówcy: „Tak, to ja, ale jestem właśnie w trakcie mojego występu. A z kim chciałaby pani rozmawiać? Z młodą dziewczyną w czarnej sukni? Tak, siedzi tu w pierwszym rzędzie. Co, przyszła na koncert z pani mężem? To z kim w końcu chce pani rozmawiać?!” W pamięci licznie zgromadzonej publiczności utkwiły też liczne anegdoty opowiadane przez Iana Andersona. Zapowiadając utwór „Boris Dancing” zadedykował go Borysowi Jelcynowi w podziękowaniu za to, że nie wywołał on trzeciej wojny światowej. Nie doszło do niej tylko dlatego, że wiecznie pijany Jelcyn  nie mógł trafić w odpowiedni guzik swojej nuklearnej walizki. Ale oprócz tych rozlicznych historyjek i komicznych sytuacji doświadczyliśmy  prawdziwie wspaniałego muzycznego show. Najpierw usłyszeliśmy stare nagranie „Nothing Is Easy”, potem 10-minutowe wyjątki ze suity „Thick As A Brick”, „The Witch’s  Promise”, „Living In The Past”, „My God”, „Locomotive Breath” oraz rewelacyjny „Bouree” J.S. Bacha.  Z nowszych rzeczy  wysłuchaliśmy dwóch  nagrań z ostatniej płyty zespołu „Dot. Com” i  „Hunt By Numbbers” oraz kilka utworów z wydanego niedawno solowego albumu Andersona „The Secret Language Of Birds”. No i był jeszcze fenomenalny bis. Tylko jeden. Ale za to jaki! Kompilacja kilku największych hitów zespołu m.in. z „Aqualung”, „Wind Up” i „Dharma For One”. W trakcie tego spektakularnego finału Ian Anderson wypuścił na widownię dwa gigantyczne balony, którymi przez kilka dobrych minut bawiła się rozentuzjazmowana publiczność. A potem, już po pożegnaniu, niespodziewany błysk reflektorów i docierający z głośników charakterystyczny głos Luisa Armstronga, śpiewającego „It’s A Beautiful World”. Po takim koncercie świat rzeczywiście wydaje się piękny. Po tak wspaniałym dniu aż chce się żyć. To nic, że nie usłyszałem moich ukochanych kompozycji „Budapest”, „Minstrel In The Gallery, czy „Too Old For Rock And Roll”. Przecież od razu nie można mieć wszystkiego. Wierzę, że na resztę przyjdzie jeszcze kiedyś czas.

Na koniec rozejrzałem się jeszcze wokół siebie. Po mojej prawie stronie sympatyczny człowiek, który przedstawił się jako agent ubezpieczeniowy i zapraszał na Mazury. Bywalec wielu koncertów w Sali Kongresowej. Po lewej ręce rówieśnik Iana Andersona, bacznie obserwujący przez swoją miniaturową lornetkę co dzieje się na scenie. Z przodu ledwie 7-8 letni chłopiec żywo reagujący na muzykę. Widać, że siedzący obok tata z nadzwyczaj dobrym skutkiem prowadzi domową edukację muzyczną. Za mną para nastolatków znająca większość słów wykonywanych utworów. Był to prawdziwy koncert dla wielu pokoleń. Niezwykle udany koncert. Tak, jak i ten cały dzień.


Podziękowania dla Agnieszki. To dzięki Tobie było tak wspaniale.

MLWZ album na 15-lecie