Muzyka na "tak" - Yes, Warszawa, 15.06.2003

Artur Chachlowski,

Jakże wspaniały to był koncert!... Zanim jeszcze się rozpoczął przez skórę czułem, że będzie to magiczny spektakl. Wszak w pamięci miałem wciąż obraz rewelacyjnego występu Yes z orkiestrą symfoniczną katowickim Spodku w listopadzie 2001 roku w ramach trasy Magnification Tour. Wtedy nie było w zespole Ricka Wakemana, był muzyk sesyjny oraz monumentalne brzmienie kilkudziesięcioosobowej orkiestry. Teraz na scenie Sali Kongresowej grupa Yes pojawiła się w swoim najsłynniejszym i zdecydowanie najmocniejszym składzie. Zagrali cudownie, ich występ trwał ponad 2 godziny plus około 20 minut bisów. Zaprezentowali swój klasyczny repertuar oparty na słynnych, legendarnych już kompozycjach ze starszych albumów. Umiejętnie wkomponowali w całość dwa utwory z ostatniej studyjnej płyty („Magnification” i „In The Presence Of”), ale przecież ich bogata aranżacja i epicki rozmach idealnie pasowały do dramaturgii i klimatu klasycznych kompozycji. A wśród nich nie zabrakło „Starship Trooper”, „Roundabout”, „South Side Of The Sky”, „Long Distance Runaround”, „Don’t Kill The Whale”, “Heart Of The Sunrise”, „And You And I’, czy zaprezentowanego idealnie w finale „Awaken”. Zagrali dokładnie taki program, jakiego najbardziej oczekiwała liczna zgromadzona publiczność. Zagrali muzykę dla uważnie i w skupieniu odbierających jej malownicze piękno słuchaczy. A ile przy tym pokazali wigoru, energii i scenicznego szaleństwa… Zastanawiam się skąd ci wcale już niemłodzi muzycy biorą tyle motywacji, by wciąż koncertować, by co wieczór dawać z siebie maksimum sił, by tak łatwo porywać za sobą publiczność? Przecież Jon Anderson ma już 59 lat, Steve Howe – 56, Chris Squire – 55, a najmłodsi (?) w zespole Rick Wakeman i Alan White urodzili się w 1949 roku…

Czy widzieliście kiedyś gitarzystę grającego równocześnie na 4 instrumentach? Steve Howe nie dość, że grał na najnormalniejszej gitarze elektrycznej, to od czasu do czasu podchodził do zamocowanej na stojaku gitary akustycznej, do tego na specjalnym wózeczku podjeżdżała do niego gitara hawajska i jakby jeszcze tego było mało, brał on w swe ręce bałałajkę. Nie sposób nie być pod wrażeniem gry na basie Chrisa Squire’a.  Szczególnie, gdy w „Awaken” grał na trójgryfowym basie. Rick Wakeman z kolei udowodnił, że doprawdy jest wirtuozem klawiatury. Gdy tylko zobaczyłem i usłyszałem, co wyczynia za sprawą swojego pokaźnego zestawu syntezatorów, totalnie odjechałem. I wiem, że nie tylko ja. To przecież magik nad magikami. Czarodziej klawiatury. Guru i najprawdziwszy mistrz. A jego wersja „6 żon Henryka VIII” w pigułce była po prostu genialna. Alan White przedstawił swoją niestrudzoną grą na bębnach i talerzach prawdziwy festiwal perkusyjny. W niezmordowany sposób kreował tło pod indywidualne popisy reszty instrumentalistów. A Jon Anderson jak zawsze czarował swym szlachetnym, pięknym głosem i niesamowicie mądrymi słowami, które kierował do publiczności w przerwach pomiędzy utworami. Często mówił o „starych, dobrych czasach”, ale w pewnym momencie powiedział też, że wprawdzie nie jest już najmłodszy, ale współczesność jest dla niego jeszcze piękniejsza, niż wiele lat temu. Godna podziwu zgoda z upływającym czasem, ale i zarazem niezwykle optymistyczne spojrzenie na świat. Mówił też o przyrodzie, o rozumnym obcowaniu z naturą, mówił o miłości, o swojej żonie Jane. Mówił o muzyce… I śpiewał, śpiewał, śpiewał… To były prawdziwie cudowne opowieści. Wonderous Stories...Choć tego utworu akurat nie zagrali. I jeśli czegokolwiek w ten czerwcowy wieczór mi brakowało, to tylko tego pamiętnego nagrania. Ale nic nie szkodzi. Zagrają to następnym razem. Już niedługo. Oby jak najszybciej…

MLWZ album na 15-lecie