The Watch - Jastrzębie Zdrój, 22.02.2008r.

Artur Chachlowski,

ImageByłem na wspaniałym koncercie. Małym, kameralnym, chyba niestety trochę zlekceważonym przez sympatyków(?) prog rocka w naszym kraju. Świadczyła o tym nikła frekwencja w amfiteatralnej sali Centrum Kultury „Panorama” w Jastrzębiu Zdroju, w której zasiadło raptem kilkudziesięciu widzów. Wśród nich liczna reprezentacja fanów z Czech i Słowacji.

Wielka szkoda, że tylko tak niewielka garstka widzów oglądała ten rewelacyjny show, który The Watch dał tego wieczora. Pewnie większa liczba widzów podgrzałaby atmosferę koncertu już od pierwszych minut. A tak, musiało wybrzmieć kilka pierwszych, dość nerwowo wykonanych piosenek, by zespół zaczął budować właściwy klimat. Był to koncert pełen nostalgii, wspomnień, a przede wszystkim licznych genesisowskich reminiscencji. Podczas dwugodzinnego występu zespół zagrał głównie utwory z repertuaru Genesis. Autorskich kompozycji grupy The Watch naliczyłem raptem sześć plus zagrany na bis „Vacuum”. To on, z odczytaną po polsku z kartki zapowiedzią Simone Rosettiego oraz „Berlin, 1936” zrobiły chyba największe wrażenie na widzach. No i może jeszcze „The Fisherman” z albumu „Twilight” wydanego w 1997 roku, a więc w czasach, kiedy zespół nazywał się jeszcze The Night Watch. Wspomniany przeze mnie „The Fisherman”, a właściwie jego instrumentalna sekcja z efektownym solo na flecie w wykonaniu będącego naprawdę w rewelacyjnej formie Rosettiego, dała początek finałowej sekwencji suity „Supper’s Ready”. I był to chyba najwspanialszy moment tego koncertu. Publiczność oszalała, zespół dał z siebie wszystko, a efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Wystarczyło lekko przymknąć oczy, a wyobraźnia automatycznie przenosiła nas w czasy odległe o 35 lat wstecz. A przecież zanim jeszcze doszło do tej swoistej kulminacji, zespół zagrał „Looking For Someone”, „The Fountain Of Salmacis”, „Seven Stones”, „Dusk”, „Harold The Barrel” i „The Return Of Giant Hogweed”, a więc lwią część albumów “Trespass” i „Nursery Cryme”. A na pierwszy bis był jeszcze fantastycznie wykonany „The Knife”. Wtedy to szaleństwo na widowni sięgnęło zenitu.

Jednak jak dla mnie, a myślę, że i dla większości z widzów zgromadzonych w „Panoramie”, największym zaskoczeniem tego koncertu okazało się wykonanie mało znanych, bo niewydanych na żadnej płycie Genesis, utworów „Shepherd” i „Twilight Alehouse”. Rosetti i spółka zagrali je w tak porywający sposób, że aż ciarki chodziły po plecach.

Zespołowi w znakomity sposób udało się oddać ducha koncertowej atmosfery wczesnych lat 70. Ogromna w tym zasługa charyzmatycznego frontmana zespołu, który jako artysta obdarzony prawdziwie gabrielowskim głosem nie tylko skwapliwie i, co ważne, umiejętnie z tego korzystał, to swoim talentem oraz scenicznym luzem zabawiał ze sceny widzów opowiastkami pomiędzy piosenkami (często czytając ze ściągi wyrażenia w naszym ojczystym języku). Umiejętnie dozował też napięcie tego dobrze przemyślanego i wyważonego w swoich proporcjach koncertu.

Świetnie się słucha muzyki grupy The Watch, lecz chyba jeszcze lepiej ogląda się ten zespół na żywo. Simone cały czas, nawet jeżeli nie śpiewał, koncentrował na sobie uwagę to żywiołowo grając na tamburynie, to sięgając raz po raz po flet, to zmieniając swoje kostiumy (naliczyłem bodaj trzy zestawy). Zupełnie jak w „teatrze rockowym” ery lat 70. Reszta muzyków to również jakby kalka starych, dobrych czasów. W bogatym zestawie instrumentów klawiszowych obsługiwanych przez Fabio Manciniego dominował stary melotron, zza zestawu bębnów i talerzy rządził śpiewający chórki długowłosy perkusista Marco Fabri, a z boku sceny przez cały czas koncertu na krzesełku, przyczajony niczym niegdyś Steve Hackett, przesiedział fenomenalnie grający gitarzysta Giorgio Gabriel. Tylko basista Cristiano Roversi wyłamał się z tego klasycznego image’u, grając przez większość czasu na nowoczesnym Chapman sticku i demonstrując swoje umięśnione i mocno wytatuowane ramiona.

Wspaniały był to koncert, w trakcie którego The Watch zafundował widzom magiczną podróż w czasie. Zespół zrobił to z niesamowitym wdziękiem i naprawdę z dużą klasą. W ich grze i zachowaniu na scenie nie było cienia pretensjonalności. Nie było wielkiego zadęcia, zbędnej sztuczności, ani żadnego udawania. W naturalny sposób muzycy zaprezentowali publiczności fantastyczny show, który sprawił, że w kącie niejednego oka z pewnością pojawiła się łezka nostalgii.

Podsumowując, nie chciałbym w swej relacji pozostawić wrażenia, że tego wieczora The Watch zaprezentował się jako „dobry cover band”. O co to, to nie. Ich własny repertuar, aczkolwiek zakorzeniony we wczesnogenesisowskiej stylistyce, to także klasa sama w sobie. W trakcie koncertu naszła mnie jednak pewna refleksja. Pomyślałem sobie, że muzycy tworzący The Watch mają ogromnego pecha. Bo gdyby urodzili się jakieś 20 lat wcześniej (Simone Rosetti to rocznik 1971), to pewnie staliby się gwiazdami światowego formatu, ich płyty sprzedawałyby się jak ciepłe bułeczki, a sale koncertowe i stadiony pękałyby w trakcie ich występów w szwach. A tak, to tylko niewielka garstka widzów, która przyjechała do położonego na „końcu progresywnego świata” Jastrzębia miała okazję naocznie przekonać się o tym, jak trzy dekady temu prawdopodobnie wyglądały progresywno-rockowe koncerty. Jeżeli ze sceny emanowała taka magia, jaką w Jastrzębiu zafundował nam The Watch, to sam zaczynam żałować, że nie dane mi było muzycznie dorastać na przełomie lat 60. i 70.

P.S. Za zorganizowanie tego koncertu specjalne podziękowania należą się Bohdanowi Palowskiemu. To on, jako muzyk, którego zafascynowała muzyka The Watch, niejako na przekór wielkim polskim promotorom niezainteresowanym organizacją koncertów tej włoskiej grupy, wziął sprawy w swoje ręce i to dzięki niemu mieliśmy okazję przeżyć tego wieczora tak wspaniałe chwile. Bohdan, chylę czoła!

 

                                                                                

MLWZ album na 15-lecie