Quidam, Hipgnosis - Kraków, 19.02.2008

Wojtek "Foreth" Bieroński,

ImagePo raz drugi z rzędu przychodzi mi zacząć relację koncertową od uwagi na temat... niefortunnej daty. Pech chciał, że data występu grupy Quidam oraz Hipgnosis w krakowskim klubie Zaścianek przypadła na dzień, w którym paręset metrów dalej, po drugiej stronie ulicy Reymonta, Halę Wisły po brzegi wypełnili sympatycy grupy Nightwish. W obliczu kolizji tych dwu koncertów obawiałem się więc, że czołówkę polskiego rocka progresywnego zobaczy jedynie garstka fanów. Choć frekwencja nie powaliła, na szczęście o jakimś dramacie pod tym względem nie było mowy. Quidam ma w Krakowie sporą grupę sympatyków, a występ miejscowego w końcu Hipgnosis także przyczynił się do tego, że pomimo hucznego wydarzenia koncertowego w Hali Wisły fani rocka progresywnego pojawili się w Zaścianku. Większym problemem okazał się niespodziewanie... sam Zaścianek, który delikatnie mówiąc nie jest najodpowiedniejszym miejscem na dobry koncert. Ale niestety taki właśnie problem jest w Krakowie: mamy tutaj fajny, duży Klub Studio oraz mnóstwo niewielkich knajpek i klubów, usytuowanych zwłaszcza wokół Rynku, w których można zorganizować kameralne wydarzenie muzyczne. Gdy jednak potrzeba miejsca do czegoś „gabarytowo pomiędzy”, to pozostaje wybierać pośród klubów typu Loch Ness i właśnie Zaścianek. Te zaś do nowoczesnych nie należą, wyglądają dość obskurnie no i trudno w nich o dobre brzmienie. Nic więc dziwnego, że jeden z artystów występujących tego wieczora na scenie po koncercie z niedowierzaniem patrzył na gdzieniegdzie obite blachą ściany Zaścianka, stwierdzając, że jeśli się w takich warunkach wybronili, to wybronili się umiejętnościami. I tak właśnie było. Quidam generalnie na koncertach stawia na czyste, selektywne brzmienie, a to w warunkach typu Zaścianek chyba najlepsza opcja. Hipgnosis, które z racji stylistyki brzmi gęściej i częściej odwołuje się do ściany dźwięku, miał niestety trudniejsze zadanie. Na szczęście i ci grać potrafią, więc też się wybronili. Nie zmienia to faktu, że z uwagi na warunki brzmienie pozostawiało trochę do życzenia. Dodatkowo podczas występu Quidam słychać było momentami głośne sprzężenia. Udało się je ograniczyć dopiero wtedy, gdy Bartek Kossowicz pogroził palcem realizatorom dźwięku, stwierdzając, że ktoś tu dziś nie otrzyma wypłaty.

Mimo tych wszystkich problemów wyszedłem z koncertu bardzo zadowolony. Quidam powróciło do Krakowa jako zespół w formie wręcz znakomitej, chyba jeszcze lepszej niż parę lat temu, gdy grali w studio Radia Kraków. Osobom, które po SurREvival zwątpiły trochę w ten zespół (myself included), koncerty i przede wszystkim płyta Alone Together udowodniły chyba, że należy uderzyć się w pierś, co niniejszym czynię. Stylistyczny zwrot zaprezentowany na płycie SurREvival nie podobał mi się, a zaangażowanie nowego wokalisty wzbudziło i we mnie wiele kontrowersji. Tymczasem trudny okres przejściowy minął, zespół stanął na nogi i proszę... znakomita płyta oraz rewelacyjna forma koncertowa. Gitarzysta Quidam Maciej Meller powiedział mi po koncercie, że kariera zespołu polega na akceptacji sinusoid. Nagrywając SurREvival grupa musiała odnaleźć się w nowej sytuacji, niejako dotrzeć się na nowo. W końcu mechanizm zaskoczył ponownie, muzycy trafili na świetny, inspirujący okres, a to przełożyło się na piękną płytę. I tyle. W ramach obrony tych, którzy trochę zwątpili mogę powiedzieć jedynie to, że Alone Together nie jest naturalną kontynuacją SurREvival, a więc kręcący nosem słuchacze w pewnym sensie mieli... nosa, co w wykonaniu Quidam jest dobre, a co trochę gorsze.

Gdyby jednak w okresie wydawania SurREvival z nowym wokalistą na pokładzie chodziło tylko i wyłącznie o zwątpienie oraz cień frustracji fanów, nie byłoby wtedy afery aż takiej, jaka była. Niestety niektórzy nie wzięli pod uwagę tego, że nawet w momentach przeobrażeń, poszukiwania nowej muzycznej drogi członkowie danego zespołu mają prawo, by być traktowanymi jak ludzie. W tym najtrudniejszym dla siebie okresie grupa Quidam obrywała momentami w sposób arcychamski – taka niestety jest prawda. W chwili obecnej problem mają więc ci, którzy pojawieniu się Bartosza Kossowicza, wydaniu SurREvival, a potem DVD, pluli nieprawdopodobnym jadem pod adresem Quidam. Nie wiem, jak osoby te będą teraz bronić swego stanowiska w sytuacji, gdy skazanemu na niebyt zespołowi (z Kossowiczem jako gwoździem do trumny) „niespodziewanie” wyszła świetna płyta i świetne tour. Poza tym jeśli popatrzeć na niektóre słowa, które wtedy padły, niepokojące wydaje się również to, że wśród miłośników pewnego gatunku, którzy słyną (!) z wyniesienia muzyki ponad towar, z opozycji do muzycznego darwinizmu każącemu przetrwać jedynie nielicznym, Quidam zostało potraktowane właśnie jako towar. Fan stał się katem, przeznaczeniem zaś muzyczny niebyt. Kossowicz wywołał poruszenie, a poruszenie uczyniono skandalem, w którym zespół został osądzony jako chłam niegodny „marketu”. Nie chodzi tu o to, że nie można czegoś nie lubić lub że nie wolno powiedzieć zespołowi "nie". Rock progresywny jest jednak szczerą muzyką szczerych ludzi, dlaczego więc deptać tę ich szczerość oraz swobodę (muzycznego) wyznania przez chamską i agresywną krytykę? Quidam, Pain of Salvation, Ozric Tentacles, The Flower Kings (słowem, grupy wszystkich podrodzajów progresywnej sceny) to nie są elementy sztucznego biznesu pod szyldem sztuki, lecz wolni ludzie, którzy mówią językiem muzyki. Zasługują więc na elementarny szacunek. A w wypadku Quidam doszło niestety do tego, że My, Fan (We The Fan) nie tolerował tego, co inne i stwierdził, że skoro Quidam, który miał być taki, a taki, robi muzyczną rewoltę i wycina kontrowersyjny numer z wokalistą, to niechaj ów na wieki potępiony Quidam spada do muzycznej otchłani. Niczym w klasycznej szopce elit showbuisnessu, gdzie pewien zespół traci jedną jedyną szansę na zaistnienie dlatego, że wokalistką jest blondynka, podczas gdy badania wskazują, że w tym akurat momencie lepiej sprzedałaby się brunetka-czekoladka. 

Głosy chamskiej krytyki pod adresem Quidam nigdy nie było liczne, ale niestety głośne. A to tak samo jak z krzykiem „Pali się!”, który dotrze do każdego i wywoła ferment nawet wtedy, gdy nie ma ognia. No i po wydaniu płyty SurREvival tak właśnie się stało. Nie musiało dojść do nieprzyjemnych sytuacji nie z uwagi na to, że Quidam nie można krytykować, tylko dlatego, iż w krytyce – jak i w muzyce – wszystko rozbija się o formę.

Abstrahując jednak od całej tej otoczki, towarzyszącej Quidam od czasu wydania poprzedniej płyty, naprawdę nie widzę wielkiej różnicy klas pomiędzy Quidamem AD 2005 i Quidamem AD 2008. Faktem jest, że ostatnia płyta zacniejsza od poprzedniej, a wokalista śpiewa i na scenie czuje się coraz lepiej. Jednak gdy sięgam pamięcią do występu Quidamów w Radiu Kraków (koncertowali wtedy właśnie w całym tym ogniu kontrowersji), nie był to dla mnie występ zespołu o klasę gorszego niż dziś. Bartek Kossowicz w istocie nie szalał, nie dzielił i nie rządził wtedy na scenie, ale był to przecież sam początek jego wokalnej kariery. Poza tym właśnie wtedy w gościa, dla którego Quidam to pierwszy zespół, wycelowano takie działa, że nikt z nas z pewnością nie czułby się na scenie zbyt komfortowo. No i poprzednia płyta była moim zdaniem gorsza, więc patrząc jakby sumarycznie może i zaprezentowany na koncercie materiał był generalnie troszkę niższego kalibru. Lecz ten zespół grać potrafi nie od dziś i wtedy w Radiu Kraków to pokazał. Umiejętności muzyków, swoboda kompozycyjno-aranżacyjna i radość grania przełożyły się na koncert, który wspominam jako niezwykle udany. Tak więc jeśli chodzi o Quidam nie stawiałbym kolejnej wyraźnej linii podziału w ich karierze. Niewiele dzieli Quidam po SUrREvival i Quidam po Alone Together. To nie są dwa różne zespoły. Bartek Kossowicz do dziś nie ma przecież mocnego głosu. 

Mimo to wokalista Quidam potrafi zaśpiewać znakomicie. Zarówno na płycie Alone Together, jak i w Zaścianku ogromnie w jego wykonaniu podobało mi się  np. One Day We Find. Kossowicz coraz lepiej czuje się także w roli frontmana. No i co chyba każdy, kto był tego wieczora w Zaścianku, zauważył, że chłop postury się zrobił potężnej. Trzeba również przyznać, że wokalista Quidam średnio wypada w tym słynnym już, nowym wykonaniu Sanktuarium. Jednak tu dodać muszę, iż sam zabieg z modyfikacją niektórych aranży jest taki sobie. Skoro utwór sam w sobie znakomity, po co go zmieniać? W momentach, gdzie do głosu dochodzą solówki Zasady i Mellera, do Sanktuarium magia jednak wraca i tak było również w Zaścianku.

Nie sposób nie mówić o magii, odnosząc się do tradycyjnych cytatów z klasyki rocka na koncertach inowrocławian. By było efektowniej, zespół czasami wplata je na dodatek pomiędzy fragmenty własnych kompozycji. Ponownie dane mi było usłyszeć Hush, które w wykonaniu Quidam także było przedmiotem niezliczonych dyskusji. Moim zdaniem utwór wypadł naprawdę bardzo dobrze. To samo dotyczy kapitalnego wykonania Red z repertuaru King Crimson. Utwór ten, jak również wszystkie inne, zagrane tego wieczora kompozycje potwierdziły, jak wielkim atutem Quidam jest znakomita sekcja rytmiczna. Maciej Wróblewski i Mariusz Ziółkowski (którego na koncertach wręcz rozsadza energia) jak zwykle zaserwowali tony fantastycznych pasaży, nie oszczędzając się ani przez moment. Nieco schowany z boku Maciej Meller jak zwykle bardzo wszechstronny. No i te jego solówki... Tego wieczora choćby w Sanktuarium, We Are Alone Together i Depicting Colours of Emotions. Ten ostatni zabrzmiał na koncercie wręcz fantastycznie. To zresztą chyba mój faworyt na Alone Together. Piękny nastrojowy początek, a po nim zaskakujący zwrot akcji i pierwszy z dwóch genialnych tematów Mellera w tej kompozycji, przeplatający się z kapitalnie wplecionymi harmoniami Zbyszka Florka, które oparł on na klasycznym brzmieniu rhodesa. No a na koniec ten majestatyczny finał z gitarą w roli głównej. Rewelacyjny utwór.

Skoro już wspomniałem o Florku, to dodać muszę, że i w wypadku tego muzyka krakowski koncert w pełni pokazał wszechstronność. Tu i ówdzie przez minutę, czy dwie popodrabia sobie Tony’ego Banksa, po czym serwuje spokojne fortepianowe partie, chwilę później to znów jakieś hammondy dochodzą do głosu. Florek brawurowo miesza arcyklasyczne i nowoczesne brzmienia, wplatając wiele smaczków w grane przez siebie tematy. Tę uwagę o smaczkach z powodzeniem moglibyśmy odnieść również do Jacka Zasady i jego wspaniałej gry na flecie. Ograniczenie się jedynie do wzmianki o tym instrumencie byłoby jednak nie na miejscu w odniesieniu do muzyka, który na koncertach zabiera się za klawiszowe tła, instrumenty perkusyjne oraz... gitarę basową w coverze Wish You Were Here. Ot, człowiek orkiestra. W roli basisty Zasada spisał się całkiem nieźle, a dodajmy, że na gitarze akustycznej grał w tym utworze... Mariusz Ziółkowski.

Sporo miejsca poświęciłem Quidam, a przecież tego wieczoru w Klubie Zaścianek grał jeszcze inny ciekawy zespół. Hipgnosis to grupa w zupełnie innym momencie swojej kariery, miejmy nadzieję, owocnej i pełnej sukcesów. Nie ukrywam, że ciężko mi odnieść się do poszczególnych kompozycji, które zostały tego wieczora przez zespół zagrane, jako że koncert w Zaścianku był dla mnie pierwszym kontaktem z muzyką tej grupy w większym wymiarze. Co jednak mogę rzec to to, iż bez wątpienia opinie o oryginalności twórczości Hipgnosis nie są przesadzone. Kto wie, czy w chwili obecnej to nie najbardziej oryginalny zespół polskiej sceny progresywnej, umiejętnie łączący progrockową szkołę psychodeliczną z ambientem, onirycznym space rockiem i world music (orientalne wokalizy i rytmy). Omawiając plusy nie sposób nie rozpływać się nad głosem wokalistki ukrywającej się pod pseudonimem KUL. Barwa i siła tego głosu oraz  jakość wokaliz zasługują na najwyższe uznanie. Rewelacja. Ciekawy jest również kontakt grupy na scenie z publiką, a właściwie... jego brak. Przez pewną część koncertu mnie to trochę denerwowało, ale potem doszedłem do wniosku, że może to świadomy zabieg i że chodzi tutaj o niewydobywanie słuchaczy ze swoistego transu, w który można wpaść słuchając muzyki Hipgnosis. Efekt tego wszystkiego był bowiem zaiste ciekawy. Mogąc bez żadnych dystraktorów zatopić się jedynie w muzyce, czułem się jak podczas prawdziwej muzycznej podróży. Tak więc wniosek ten (nie wiem, czy prawdziwy) pozwolił mi spojrzeć na image sceniczny zespołu z trochę innej perspektywy i zrozumieć, dlaczego np. GoDDarD wydaje się być na scenie tak nieobecny, że Janne Ahonen po wspaniałym skoku to przy nim całkiem ekspresyjny gość. Słuszny to wniosek czy nie, tak czy siak Hipgnosis mnie zaintrygował: formą, przekazem i treścią. Miejmy nadzieję, że to dopiero początek ich długiej muzycznej podróży.

Z pewnością na dalszym etapie tej wielkiej, muzycznej przygody znajduje się grupa Quidam, ale to nie oznacza, że niewiele przed nimi. Po płycie, którą chyba już niedługo zaliczać będziemy do klasyków polskiego rocka progresywnego oraz po znakomitym koncercie tego zespołu w Krakowie, chyba mało kto ma wątpliwości, że zespół ten ani myśli się starzeć, czy też wypalać. Pozostaje więc czekać nam na kolejne występy inowrocławskiej grupy w Krakowie oraz na... nową płytę. Jaka ona będzie? Z tego co udało mi się ustalić, refleksji Maćka Mellera na temat sinusoid  w karierze zespołu muzycznego nie należy interpretować w ten sposób, jakoby gitarzysta Quidam zapowiadał słabszą następną płytę. Trzymamy za słowo!

MLWZ album na 15-lecie