Wilson, Steven - The Raven That Refused To Sing (And Other Sories)

Przemysław Stochmal,

Image„To może być mój najlepszy album”, „płyta przełomowa” - te zdecydowane opinie Stevena Wilsona na temat jego trzeciego solowego albumu może i brzmią jak chwytliwe hasła reklamowe, jednak „The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)” rzeczywiście cechuje spory stopnień wyjątkowości. Sam fakt, że płytę stworzył zespół o z góry określonym, stałym składzie studyjnym, zdaje się być jednym z najważniejszych wyznaczników jej nietuzinkowości na tle wcześniejszych solowych pozycji lidera Porcupine Tree. Próba rozwikłania pojęcia jej wyjątkowości w kontekście samej muzyki, może przynieść zaskakujący efekt. Oto bowiem spośród całej masy albumów, w których tworzenie zaangażował się Steven Wilson, mamy do czynienia z materiałem najbliższym czystej stylistyce klasycznego rocka progresywnego.

Sześć kompozycji, sześć oddzielnych historii czerpiących tematykę z przerażających opowiadań chociażby spod znaku Edgara Allana Poe. Trzy spośród nich pomyślane zostały jako krótsze i prostsze tematy, mniej lub bardziej przywodzące na myśl znajome klimaty z wcześniejszych wilsonowskich produkcji. Najsilniejszy akcent tego albumu stanowią jednak pozostałe trzy nagrania - rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, w sensie muzycznym bezpośrednio ucieleśniające „opowieściowe” założenia albumu. Każdy utwór jest nie tylko kapitalnie odegrany przez świetnie rozumiejący i uzupełniający się zespół wybitnych instrumentalistów, ale przede wszystkim rozwiązany kompozycyjnie w sposób perfekcyjny, wręcz wzorcowo. Mimo podkreślanej przez Wilsona istotnej roli tekstów, fragmenty opatrzone wokalną narracją zdecydowanie ustępują w proporcjach partiom instrumentalnym, choć te na szczęście, w przeciwieństwie choćby do monstrualnego „Raider II” z poprzedniej płyty, w całości są przemyślane, logiczne i wartościowe. Znakomicie wyważono subtelności z kontrolowaną agresją; ciekawe rytmiczne podziały, „klasycyzujące” brzmienia, momenty jazzowej frywolności – wszystko razem poukładane jest w niesłychanie zgrabną całość, a do tego – bardzo melodyjne.

Całość przedstawia się tak, jak gdyby postać Wilsona, przez wielu uważana za guru współczesnego rocka progresywnego, do tej pory raz po raz czerpiąc z całej masy wpływów - z psychodelią, elektroniką, industrialem, metalem, trip-hopem, post-punkiem, post-rockiem etc., tym razem postanowiła sięgnąć do „czystej progrockowej formy”, udowadniając tymże bezpośrednim muzycznym przekazem swoją dominację w tej rockowej kategorii.

Wyszło dzieło idealne. Znakomicie wyważone. Perfekcyjnie wyeksponowane. ALE - czy tak ewidentnego perfekcjonizmu oczekujemy od Stevena Wilsona? Muzyki, która w swojej wzorcowości, perfekcyjności przestaje zaskakiwać i bezlitośnie powszednieje? Kto wie, czy tym nowym albumem Steven Wilson nie zastawił na siebie pułapki. Droga jego artystycznych poszukiwań poprowadziła go dokładnie do punktu jego pierwotnych muzycznych fascynacji.

Chyba jednak warto na razie porzucić rozważania, dokąd (a może czy w ogóle?) droga ta jest w stanie poprowadzić w przyszłości. Warto cieszyć się tą płytą, choć w jej przypadku uzasadnione wydaje się być określenie „enjoy responsibly”. Uznajmy za honor i główną zaletę „The Raven That Refused to Sing” fakt, że jest to płyta, do której, podobnie jak do klasyków progrocka, lepiej sięgać od okazji do okazji. W przeciwnym razie nie musi cieszyć w takiej mierze, na jaką w gruncie rzeczy zasługuje.

MLWZ album na 15-lecie