Lifesigns - Lifesigns

Andrzej Barwicki,

ImagePo koniec ubiegłego roku ukazała się zapowiedź debiutanckiego krążka nowo powstałej supergrupy, którą tworzą John Young, Nick Beggs oraz Frosty Beedle. Ponad siedmiominutowy trailer zamieszczony w internecie zelektryzował fanów progresywnych brzmień. Ich ciekawość została zaspokojona z początkiem lutego. Wtedy to nakładem wytwórni Esoteric Recordings pojawił się album zatytułowany po prostu „Lifesigns”.

Jest to pierwszy krążek tej grupy, ale każdy z muzyków biorących udział w tym projekcie ma bardzo duże doświadczenie muzyczne. Przez lata grali oni bowiem w różnych formacjach, a to pozwala im dzisiaj na tworzenie przewspaniałej muzyki. Ich twórczość zawiera tradycyjne progresywne elementy, do których umiejętnie dopasowali melodyjne brzmienie. Muzycy Lifesigns, kierując się w stronę nowoczesnych dźwięków pozwolili sobie na odrobinę nostalgii, co w efekcie brzmi wręcz znakomicie. Można się o tym przekonać słuchając ich debiutanckiego krążka.

Wszystkie utwory zamieszczone na albumie zostały napisane przez Johna Younga, który ma bardzo bogatą historię w swej działalności muzycznej. Współpracował on z zespołami Scorpions, Asia, The Law, jak również z Bonnie Tyler, Johnem Wettonem i Fishem. Działał też w swojej formacji o nazwie John Young Band. John ma bardzo przyjemnie brzmiący głos oraz solidne wsparcie ze strony perkusisty Cutting Crew, Frosty Beedle’a oraz basisty Nicka Beggsa - bardzo dobrze znanego miłośnikom rozlicznych progresywnych formacji. Praca nad powstaniem tego albumu trwała dwa lata, a jej efektem jest składający się z pięciu kompozycji i zawierający 53 minuty muzyki, krążek.

Pierwsze nagranie - „Lighthouse” - rozpoczyna się tajemniczymi odgłosami, które po kilkudziesięciu sekundach przemieniają się w progresywny melodyjny utwór, a towarzyszące mu klawisze i partie wokalne czynią z tych niepozornych brzmień imponującą i zmieniającą się w trakcie trwania tego nagrania bardzo atmosferyczną suitę. Pięknie rozwija się ona w ciągu tych dwunastu minut. Warto zwrócić uwagę na jej finał, a konkretnie na gitarową solówkę i efektowne, piorunujące zakończenie w postaci odgłosów ptaków i padającego deszczu.

Następne nagranie rozpoczyna się fenomenalnie wykonanymi partiami sekcji rytmicznej. Utwór „Telephone”, o którym teraz piszę, ma jeszcze jedna wielką zaletę. Są nią chórki, które dostarczają wiele radości podczas słuchania, bo któż nie wzruszy się słysząc tak zaśpiewane: „…But your ears are open and your heart beats wide. ‘Cos there’s something else and it’s deep inside. And you’re all alone and don’t know why”… To bardzo szybko wpadająca w ucho kompozycja. I zostająca w pamięci na bardzo, bardzo długo…

Trzeci na tym albumie utwór, „Fridge Full Of Stars”, to rzecz bardziej nastrojowa, w której znalazło się miejsce na improwizację wykonaną na flecie, klawiszach i gitarze akustycznej, tak bardzo znajomej w swym brzmieniu (gościnny udział Steve’a Hacketta!). Oczywiście nie zabrakło tu wokalnych doznań, którymi muzycy rozpieszczają nas od samego początku słuchania albumu. Rewelacyjna gra na poszczególnych instrumentach i muzyczna duchowa więź wzajemnego zrozumienia, z jaką niewątpliwie mamy tu do czynienia, odkrywają poszczególne dźwięki, układają się w jedną magiczną nutę i rozbrzmiewają wzniosłymi aranżacjami. To wszystko wręcz zniewala odbiorcę.

Przedostatnia odsłona „Lifesigns” to kompozycja zatytułowana „At The End Of The World”. W książeczce, obok tekstu tego utworu, zamieszczono obrazek przedstawiający miasto pogrążone w ciemności, zaś w tle widać deszcz meteorytów. I w takim właśnie nastroju wykonane jest to nagranie. Melancholijny klimat rozprzestrzenia się wokół nas i pozwala na chwilę rozmyślań o naszej planecie. Na koniec albumu słyszymy utwór „Carousel”, rozpoczynający się od mocniejszego gitarowego wstępu, po którym wchodzą finezyjne partie klawiszy. Wszystko przemienia się w piękne progresywne, harmoniczne brzmienie o zmiennym tempie i zawiera w sobie bardzo ciekawe, wręcz epickie elementy instrumentalne z genialnymi zagrywkami na flecie w wykonaniu Thijsa van Leera z grupy Focus.

Panowie z Lifesigns potrafili stworzyć album łączący w sobie muzykę, z jednej strony porywającą swymi melodyjnymi, od razu wpadającymi w ucho wokalami tak sympatycznie oddziaływującą na muzyczną duszę słuchacza, jak i misternie brzmiącymi poszczególnymi instrumentami, kreującymi wspaniały klimat i nastrój. Muszę przyznać, że trudno jest mi się oderwać od tej tętniącej uroczymi wokalami i symfonią brzmienia płyty. Bardzo głęboko wdarła się w mój umysł i trudno jest mi się z nią rozstać.

Wspaniałe artystyczne trio, które pod dowództwem Johna Younga zrealizowało tą płytę, wzbogaciło ją gościnnym udziałem kilku doskonale znanych muzyków. Są to: Steve Hackett, Robin Boult, Jakko Jakszyk i Thijs van Leer. Na tym albumie słychać ich muzyczny wkład, jaki swoją grą na gitarach czy flecie potrafili wzbogacić i wypełnić muzyczną przestrzeń, dostarczając przez to słuchaczowi dodatkowych wrażeń. Jeszcze o jednej osobie trzeba wspomnieć przy tej okazji. To producent Steve Rispin, który też ma swój niebagatelny wkład w ten projekt. W przeszłości współpracował on z wieloma zespołami i muzykami, że wymienię tylko: Asia, Uriah Heep, Shadowland, Wishbone Ash, Fisha, Johna Wettona i Landmarq.

Początek progresywnego roku 2013 za sprawą muzyków z grupy Lifesigns zapowiada się dla fanów dobrej, inteligentnie zagranej muzyki wręcz znakomicie. Myślę, że nasi dzisiejsi bohaterowie nie okażą się efemerydą, nie poprzestaną na tym jednym albumie i będziemy mieli okazję jeszcze nie raz wsłuchać się w ich „oznaki życia”, które rozbrzmiewają na ich pierwszym, rewelacyjnie pięknym albumie, czego sobie i wszystkim słuchaczom życzę z całego serca.

MLWZ album na 15-lecie