Sound Of Contact - Dimensionaut

Artur Chachlowski,

ImageNiezwykle miło jest widzieć, jak nieprzeciętny talent dziedziczony jest przez młodsze pokolenia znanych muzyków. Po Jasonie Bonhamie, Simon Collins jest żywym dowodem na to, że talent przechodzi z ojca na syna (patrząc też na fotografię grupy Sound Of Contact śmiem twierdzić, że Simon po ojcu, Philu Collinsie, odziedziczył także… urodę). Wprawdzie już od ładnych kilku lat nagrywa on pod własnym nazwiskiem (dotychczas ukazały się trzy jego solowe płyty), ale dopiero niedawno dał się poznać szerszej progrockowej społeczności dzięki występowi na albumie gitarzysty Steve’a Hacketta „Genesis Revisited II” (zaśpiewał tam fragment „Suppers’s Ready”). Jednak mało kto wie, że nie była to pierwsza współpraca obu panów. Otóż, Hackett wystąpił gościnnie na wydanej w 2008 roku trzeciej solowej płycie Simona Collinsa pod tytułem „U-Catastrophe”. Mało tego, na tym samym krążku, w utworze „The Big Bang”, usłyszeć można było porywający rodzinny duet perkusyjny: Phil Collins – Simon Collins!

Ale to nie praca z byłymi członkami grupy Genesis wywarła największy wpływ na aktualne muzyczne zainteresowania Simona. Podczas prac nad tym samym albumem, „U-Catastrophe”, w studiu wspomagał go amerykański muzyk znany ze współpracy z nieżyjącym już artystą Kevinem Gilbertem (m.in. w zespole Giraffe), Dave Kerzner. Panowie S. Collins i D. Kerzner spotkali się po raz pierwszy kilka lat wcześniej, a pierwszym owocem ich wspólnej pracy było nagranie covera genesisowskiego utworu „Keep It Dark”, który wykonali na żywo przed ostatnim koncertem Genesis, który miał miejsce w 2007 roku w Hollywood Bowl w Los Angeles. Podobny muzyczny smak i zbliżone zainteresowania skłoniły obu panów do zacieśnienia współpracy i w efekcie narodził się zespół Sound Of Contact, który niedawno zadebiutował wydaną przez InsideOut Records płytą zatytułowaną „Dimensionaut”.

Jest to koncept album osadzony w stylistyce science fiction i mówiący o różnych wymiarach czasu i przestrzeni, w których porusza się bohater całej historii – podróżnik o imieniu Dimo, którego misją jest poszerzenie granic ludzkich doświadczeń w kosmosie. Album zmiksował nadworny inżynier dźwięku późnych płyt Genesis, Nick Davis, a gościnnie wystąpiła na nim, śpiewając fantastyczny duet z Simonem, Hannah Stobart, która wszystkim sympatykom progrockowej muzyki powinna być doskonale znana z jej wspólnego ze Stevem Rothery (Marillion) projektu o nazwie Wishing Tree. Jeżeli mówimy już o renomowanych nazwiskach, które niczym magnes przyciągnęła do siebie grupa Sound Of Contact, to warto wspomnieć o rozpoczynającej się niebawem trasie koncertowej, której ukoronowaniem ma być występ na dorocznym festiwalu The Night Of The Prog na reńskiej wyspie Loreley w lipcu tego roku. Sound Of Contact wystąpi tam jako gwiazda supportująca samego Mistrza Stevena Wilsona, a zespołowi towarzyszyć będzie na scenie w charakterze koncertowego gitarzysty John Wesley – muzyk znany ze współpracy m.in. z Marillion i Porcupine Tree. A na perkusji na koncertach grać ma (no bo przecież Simon, niczym jego ojciec, zajmie miejsce za mikrofonem na środku sceny) Jonathan Schang z amerykańskiej grupy District 97.

Ale nie dajmy się zwieść magii wielkich nazwisk. O atrakcyjności (a jest ona niebywale wysoka!) albumu „Dimensionaut” decyduje talent i dojrzałość artystyczna samego Simona Collinsa, który wzorem swojego ojca nie ogranicza się jedynie do grania na rozbudowanym zestawie perkusyjnym, ale bierze na siebie rolę wokalisty i śpiewa po prostu… rewelacyjnie. Barwa jego głosu może nie do złudzenia, ale po uważnym wsłuchaniu się, wyraźnie przypomina… ojca (choć niektórzy twierdzą, że także młodego Petera Gabriela, ale wszyscy wiemy, że w połowie lat 70. głosy panów Gabriela i Collinsa posiadały mnóstwo wspólnych i podobnych cech). Simon śpiewa po prostu w sposób bardzo… przyjemny. Nie, nie jest to właściwe słowo. Ten młody artysta demonstruje na „Dimensionaut” swój ogromny profesjonalizm, więc nic dziwnego, ze słucha się go (Simona oraz całego albumu) wręcz wspaniale.

„Dimensionaut” to bardzo przyjemna płyta. Robiąca już przy pierwszym przesłuchaniu pozytywne wrażenie, a przy każdym kolejnym podejściu jej wartość nieustannie rośnie. Bez dwóch zdań, to nie tylko najciekawszy progrockowy debiut I połowy 2013 roku, ale na pewno jedna z najlepszych płyt, jakie ukazały się na rynku w trakcie ostatnich miesięcy. Składa się ona z 12 utworów, przy czym pierwszych 11 to stosunkowo krótkie (4-5 minut), ale powiązane ze sobą, zarówno tematycznie, jak i muzycznie, piosenki, wśród których co najmniej kilka, jak „Not Coming Down”, „Only Breathing Out”, „Closer To You” i „Pale Blue Dot”, posiada spory potencjał przebojowości. W niektórych tematach – na przykład w „I Am (Dimensionaut)” czy „Omega Point” – daje się wyczuć chęć do eksperymentowania i nasycenia muzyki pierwiastkami kompleksowości, w innych, jak w „Cosmic Distance Ladder” i „Realm Of In–Organic Beings”, słychać skłonności do instrumentalnej improwizacji, a jeszcze w innych, jak np. w „Beyond Illumination” najwyraźniej daje się poznać zamiłowanie do twórczości… Stinga (kłania się utwór „Englishman In New York”). Ta część płyty, złożona z tych 11 umiejętnie połączonych ze sobą utworów, to w sumie 55 minut przystępnej muzyki utrzymanej na bardzo wysokim poziomie. Muzyki, która na pewno przypadnie do gustu sympatykom twórczości takich grup, jak późniejszy Genesis, Spock’s Beard, a przede wszystkim Kino i It Bites. A więc jest dobrze. Ba! Nawet bardzo dobrze. A przecież przed nami, także muzycznie i tematycznie powiązana z resztą nagrań, jeszcze jedna kompozycja – blisko dwudziestominutowa czteroczęściowa suita zatytułowana „Möbius Slip”. Teraz wiem, że to efektowne, pobudzające wyobraźnię i niesamowicie fascynujące dzieło. Przekonałem się jednak o tym dopiero po dobrych kilku, a nawet kilkunastu przesłuchaniach. Utwór ten wymaga sporej ilości czasu, by wgryźć się w niego i przetrawić to wszystko, co w nim zawarte. Stanowi on wspaniałe zwieńczenie tego naprawdę bardzo dobrego albumu.

Nie ukrywam, że „Dimensionaut” ostatnimi czasy stanowi dla mnie powód do prawdziwej dumy i przeogromnej muzycznej satysfakcji. Jest to album, do którego wraca się z przyjemnością i ilekroć to robię, zawsze znajduję na nim kaskady nowych powodów do coraz większej fascynacji. To album, który cieszy też z tego powodu, że pokazuje, iż talent dziedziczy się z mlekiem matki (o, przepraszam: z genami ojca) i dzięki temu trochę mniej boli mnie już fakt, że jeden z moich ukochanych artystów – Phil Collins – od wielu lat przebywa na muzycznej emeryturze…

PS. Oprócz śpiewającego (fantastycznie!) i grającego na perkusji (rewelacyjnie!) Simona Collinsa oraz keyboardzisty Dave’a Kerznera, grupę Sound Of Contact tworzą: Kelly Nordstrom oraz Matt Dorsey. Obaj grają (doskonale!) na gitarach, zarówno elektrycznych, jak i na basowych…

MLWZ album na 15-lecie