RanestRane - A Space Odyssey Part One: Monolith

Artur Chachlowski,

ImageW ogóle nie wiem jak rozpocząć tę recenzję. Nie chciałbym, by okazała się ona sztampowa i trywialna – historia zespołu, skład, omówienie poszczególnych utworów – bo mamy do czynienia z albumem na wskroś wyjątkowym, akurat takim, który ze sztampowością nie ma absolutnie nic wspólnego.

Kto zetknął się choć raz z muzyką włoskiej grupy RanestRane (a na naszym portalu oraz w audycji MLWZ prezentowaliśmy swego czasu w obszernych fragmentach obie dotychczasowe płyty zespołu: “Nosferatu Il Vampire” (2009) oraz “Shining” (2011)), ten wiem z jakiego rodzaju twórczością mamy do czynienia. Tytuły poprzednich płyt mówią wiele. Tytuł tej najnowszej stawia kropkę nad “i”. Gatunek, który upodobał sobie zespół RanestRane to nic innego jak… cineconcerto. Co to takiego? Tym mianem można określić napisaną na nowo ścieżkę dźwiękową do wielkich dzieł filmowych. Trwającą dokładnie tyle, ile trwa film, grywaną przez zespół równolegle z projekcją filmu. Mogącą też istnieć samodzielnie.

Po adaptacjach muzyki do słynnych obrazów Wernera Herzoga i Stanleya Kubricka, włoscy muzycy wzięli na warsztat kolejny firm tego drugiego: “Odyseję kosmiczną 2001”. Jak się okazuje, wydana właśnie nowa płyta RanestRane to pierwsza z trzech części będących ilustracją tego kultowego dzieła. Tak samo zresztą było w kinie. Film Kubricka wyraźnie dzieli się na trzy epizody, których akcja ma miejsce w różnych okresach historycznych i różnych zakątkach wszechświata.

Ale nie będziemy dzisiaj zajmować się fabułą tego filmowego fresku, lecz warto pamiętać, że tytułowy monolit odgrywa, zarówno w filmie Kubricka, jak i w ścieżce dźwiękowej RanestRane, bardzo ważną rolę. Oryginalny soundtrack zawierał niewiele muzyki, choć doskonale pamiętamy, że znalazły się w nim fragment muzyki Johanna Straussa, Richarda Straussa i Arama Khatachuriana. Muzyka proponowana przez Włochów rzuca całkowicie nowe światło na sam film. Utrzymana jest w duchu szeroko rozumianego progresywnego (a nawet symfonicznego!) rocka z szeregiem odniesień do Pink Floyd, Yes i… Marillion. Co więcej, dwóch członków tej ostatniej grupy – Steve Rothery i Steve Hogarth – wzięło udział w nagraniu płyty “A Space Odyssey Part One: Monolith”. I słychać ich wyraźnie w kilku fragmentach tego albumu. Zresztą partie Hogartha to jedyne (poza wszechobecnymi tutaj oryginalnymi dialogami z filmu) tematy śpiewane po angielsku. Wokalista (a zarazem perkusista) RanestRane, Daniele Pomo, śpiewa w swoim ojczystym języku…

Co by nie mówić, ten szalenie interesujący album to, jako się rzekło, rzecz niesztampowa i nieczęsto, jeżeli w ogóle, spotykana w dzisiejszym świecie muzyki rockowej. 6 utworów, 50 minut muzyki, mnóstwo efektów specjalnych oraz cała gama elementów pobudzających wyobraźnię, skłaniających do myślenia, zachęcających do marzeń i prowokujących do przypomnienia sobie tego kultowego filmu. Piękny album. Polecam!

PS. Część druga i trzecia trylogii “A Space Odyssey” Włochów ukaże się odpowiednio w 2014 i 2015 roku… 
MLWZ album na 15-lecie