Vangough - Between The Madness

Kev Rowland,

ImageZdarza mi się pisać recenzję jednego albumu więcej niż jeden raz, jednak zwykle między pierwszą, a drugą wersją mija dobrych kilka lat. Tymczasem teraz tworzę zupełnie od zera recenzję, którą pierwotnie skończyłem ledwie wczoraj. Kiedy słuchałem płyty „Between The Madness” nie podobał mi się miks, o czym wspomniałem w tekście. Nie wiedziałem wtedy jednak, że zespół Vangough też nie był z tego miksu zadowolony, więc wstrzymał tłoczenie płyt, zmiksował muzykę jeszcze raz i umieścił nowy CD w digipakach – jedynie egzemplarze promocyjne nie zostały wymienione. Clay Withrow udostępnił mi do ściągnięcia ten nowy miks i po całodziennym odsłuchiwaniu (z wyłączeniem spotkań – dlaczego praca, za którą dostaję wypłatę przeszkadza mi w rzeczach, którymi naprawdę chciałbym się zajmować?) Druga wersja jest zdecydowania bardziej zbalansowana, co pozwoliło mi pozbyć się moich początkowych uprzedzeń i wsłuchać się w tę muzykę tak jak powinienem był to zrobić od samego początku.

Fanem muzyki Claya Withrowa byłem odkąd usłyszałem album „Manikin Parade” i miałem to szczęście, że nie pominąłem żadnego z wydanych później albumów jego zespołu. Tak więc, kiedy dowiedziałem się, że planowana jest premiera czwartego longplaya, byłem bardzo podekscytowany. Jeren Martin ponownie pojawił się, grając na basie, natomiast do zespołu dołączył nowy perkusista w osobie Kyle’a Hawsa – oraz dodatkowo kilku gości grających na gitarach (m.in. Jay Gleason, gitarzysta, występuje wraz z Jerenem w zespole deathmetalowym!), Clay gra na pozostałych instrumentach. I tak oto otrzymujemy album, który pokazuje, jak zespół się rozwinął, zarówno pod względem statusu, jak i poziomu muzycznego. Harmonie wokalne są niesamowite, a ostrożne użycie falsetu to tu, to tam nadają muzyce dodatkowego pazura, nieco podobnie jak w przypadku Rogera Taylora w Queen. Raz słyszymy muzykę pełną rozmachu i energii, raz wyszukaną i spokojną, a te dwa bieguny są połączone w zapierający dech w piersiach sposób. Clay pokazuje zabójcze solówki, riffy, czasem sięga po gitarę akustyczną, a Jeren doskonale wie, co w którym momencie najlepiej pasuje, więc czasem uzupełnia utwór bedrockiem, czasem zapewnia dodatkowe melodie, a czasem w ogóle przestaje grać, pozwalając innym wykorzystać zostawioną przestrzeń. Mimo że wielu uzna zapewne tę muzykę za metal progresywny, jest tu wiele utworów, które można uznać za przekrojowe w wielu aspektach – na pewno bardziej niż spodziewalibyśmy się po tym gatunku, co rzeczywiście nadaje muzyce głęboki wymiar.

Jest to muzyka, której nie da się zaszufladkować, zespół raz pokazuje twarz metalowego potwora (kiedy Clay śpiewa niczym James Hetfield), a raz nieco bardziej stonowane oblicze. W „Separation” odnajdziemy delikatny fragment, gdzie dominują instrumenty strunowe, a w utworze tytułowym – występ Claya na gitarze akustycznej, na tle skrzypiec i wiolonczeli. Z tego fragmentu rzuceni jesteśmy w nieposkromione metalowe dźwięki w „Vaudeville Nation”.

Debiutancki album Vangougha oceniłem na 5 gwiazdek, a ich kolejne wydawnictwa na 4 (też nieźle); jestem jednak zadowolony, że znów mogę im wystawić maksymalną notę. To najlepsza płyta tego zespołu i brawa dla tworzących go muzyków za skuteczną walkę o to, żeby wycofać pierwotne nagranie i udostępnić to, czego teraz możemy słuchać.   

Translated by Katarzyna Chachlowska

MLWZ album na 15-lecie