Gabriel, Peter - Ovo

Artur Chachlowski,
ImageAż 8 lat przyszło nam czekać na nową studyjną płytę Petera  Gabriela. Tyle czasu upłynęło bowiem od pamiętnego albumu „Us”. Ogromne zniecierpliwienie licznych fanów zaczęło przeradzać się już w  powątpiewanie, czy kiedykolwiek jeszcze trafi nam w ręce nowy krążek byłego lidera Genesis. I wreszcie, po lakonicznych i pełnych rozlicznych niejasności zapowiedziach, oto ukazuje się album „OVO”. Tylko czy można tę płytę nazwać solowym dziełem Gabriela?

Na okładce ogromne słomiane gniazdo, a w nim zwinięty w kłębek w embrionalnej pozycji młody chłopiec. To tytułowy OVO, bohater muzycznej opowieści skomponowanej przez Petera Gabriela tak trochę „na zamówienie”. „Pod koniec 1977 roku zostałem poproszony przez Marka Fishera, by połączyć z nim siły przy tworzeniu widowiska dla londyńskiego Millenium Dome. Przez ponad rok pracowaliśmy wspólnie nad pomysłami narracji i koncepcji wizualnej. Sama treść opowieści miała opierać się na przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, więc zaproponowałem, by rozwinąć fabułę wokół 3 generacji pewnej rodziny. Podzieliliśmy naszą historie na 3 części. Akt 1 opowiada o potędze natury i osadzony został w prehistorycznych czasach. Akt 2 mówi o naszej zindustrializowanej erze, akt 3 zaś przenosi nas w przyszłość, w której dochodzi do integracji natury i technologii. Album „OVO” poprzez historię 3 pokoleń w gruncie rzeczy opowiada o 3 etapach naszej ewolucji. Koncentruje się na przemianach życia społecznego, na konfliktach i przeogromnych zmianach, które dokonują się w rodzinie. To także opowieść o miłości. Mamy tu ojca o imieniu Teo, który kocha ziemię i wszystko, co się z niej rodzi. Potrafi żyć w zgodzie z naturą, chociaż tak naprawdę nie zna on innego  sposobu na życie. Matka Beth cały czas spędza  przy swoim warsztacie tkackim i patrzy w przyszłość poprzez wątki tkanego materiału. Nie potrafi przystosować się warunków panujących wewnątrz  swojej wojującej ze sobą rodziny i w efekcie  obraca się w pewnym momencie przeciwko własnemu synowi Ionowi. Ion to człowiek rozkochany w przeróżnych maszynach i mechanizmach. Pewnego dnia wywołuje on rewolucję, której celem jest wyzwolenie ludzi, ale w efekcie doprowadza ich ona do jeszcze większego zniewolenia. Jest jeszcze córka Sofia, której ciche i urocze dzieciństwo pryska niczym bańka mydlana, gdy zakochuje się  w tajemniczym Skyboyu.  Sofia wpada w konflikt zarówno z ojcem, jak i bratem, którzy nie tolerują jej uczucia. Skyboy z kochanka przeradza się w buntownika stającego w obronie ludzi, gdy dostrzega ich zagrożenie ze strony rosnącego w nie kontrolowany sposób przemysłowego imperium Iona. OVO jest dzieckiem Sofii i Skyboya, które przyszło na świat  w czasie wielkiego potopu. Płynie ono w niepewną przyszłość w gnieździe dryfującym po niebie...” – tak o historii, o której mówi płyta „OVO” opowiada sam Peter Gabriel. „Cały ubiegły rok spędziłem  pisząc muzykę  i starając się przy wydatnej pomocy Richarda Evansa i Simona Emmersona zaczerpnąć jak najwięcej z brytyjskiej muzyki ludowej. Starałem  się rozwinąć swoje pomysły tak, aby znalazły w nich swe odzwierciedlenie różne kultury tworzące współczesną Brytanię.  I chociaż nie zawsze daje się to usłyszeć w sposób oczywisty, ale znajdziecie to sporo wpływów azjatyckich, afrykańskich, karaibskich, środkowowschodnich, australijskich i europejskich. Ale najbardziej cieszę się ze współpracy z wokalistami, którzy śpiewają na płycie „OVO”. Wszyscy oni wnieśli tak wiele do skomponowanej przeze mnie muzyki. Elisabeth Fraser, Paul Buchanan, Irla O’ Lionaird, Neneh Cherry i Richie Havens zawsze byli moimi ulubionymi głosami i jestem zachwycony, że zgodzili się oni wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Ich uczestnictwo przyczyniło się do rozwoju szerokiego spektrum uczuć i emocji, które powołały rodzinę OVO do życia” – tak we wstępie do płyty „OVO” Gabriel opisuje kulisy jej powstania.

 „OVO” to dziwny album. Przepiękny, ale dziwny. Mało tu głosu samego Petera Gabriela. Właściwie to śpiewa on jedynie w nostalgicznej balladzie „Father, Son”. Ale cały czas w powietrzu unosi się duch znanej od wielu lat muzyki typowej dla Gabriela. Ci słuchacze, którzy przed laty dali porwać się atmosferze albumów z muzyką do filmów „Ptasiek” i  „Ostatnie kuszenie Chrystusa” z pewnością znajdą tu coś dla siebie. Z kolei sympatycy piosenkowo – popowego repertuaru Gabriela też na pewno  ucieszą się z muzycznej zawartości płyty „OVO”. Przyznam szczerze, że i ja – chociaż początkowo odrobinę sceptycznie nastawiony co do komunikatywności, a właściwie jej braku w niedawnej twórczości Gabriela - dałem porwać się prawdziwemu urokowi tego albumu. Pełno tu ładnych melodii, doskonale skomponowanych piosenek i fantastycznie zaaranżowanych  partii instrumentalnych. Myślę, że Peterowi Gabrielowi doskonale udało się tu wypośrodkować ambitniejszą i trudniejszą w odbiorze  stronę swojej twórczości i wspaniale zasymilować ją z pełnymi uroku piosenkami.

Całość rozpoczyna się jednak dość zaskakująco. Otwierający album utwór „The Story Of OVO” to klasyczny rap wykrzyczany przez duet Neneh Cherry i Rasco. To dość nietypowy początek tej opowieści, ale po kilku minutach przeradza się on  w nastrojowy numer „Low Light” z niepokojącą atmosferą wykreowaną przez syntezatory i instrumenty smyczkowe. A do tego skrzypek  Shankar fenomenalnie prowadzi to główną linię wokalną. I brzmi on łudząco podobnie do głosu Gabriela. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów tej płyty. Następnie mamy pierwszą z piosenek: „The Time Of The Turning” z przepiękną melodią i zachrypniętym głosem Richie Havensa. I znów jego barwa przypomina wokal Petera Gabriela, choć sam autor i pomysłodawca całości ogranicza się tu tylko do gry na syntezatorach. Kolejne kompozycje: „The Man Who Loved The Earth/The Hand That Sold Shadows/The Time Of The Turning (reprise)/The Weavers Reel” tworzą połączoną  ze sobą instrumentalną całość przypominającą pewne fragmenty „Ptaśka”. Ostatni fragment tej całości przenosi nas w klimaty celtyckich tańców. Głównie za sprawą dźwięków kobz, skrzypiec i anielskiego głosu Iarly O’ Lionaird. Niepokojące dźwięki irlandzkiego tańca urywają się nagle i oto zaczyna się utwór, będący prawdziwą ozdobą całego albumu: „Father, Son”. Spokojne fortepianowe nuty, delikatny bas i cudownie dyskretna orkiestrowa aranżacja. No i ten głos. Wspaniały głos wielkiego Petera,. Śpiewający o prawdziwej męskiej przyjaźni, zaufaniu, potędze relacji ojciec – syn.

Po tym kameralnym utworze czas na kolejny ilustracyjny fragment muzyki złożony z 3 kompozycji: „The Tower That Ate People/Revenge/White Ashes”. Tu z kolei skojarzenia przenoszą nas do poprzedniej płyty Gabriela „Us”. Mamy tu ten sam rytm, niesamowite tempo, tajemniczą atmosferę i niesamowitą dynamikę uwypukloną przez rozmaite instrumenty perkusyjne. Gabriel znowu śpiewa, a właściwie wykrzykuje pewne kwestie, lecz jego głos przepuszczony jest przez wszelkiego rodzaju wokodery i  programatory dźwięku, które deformują jego szlachetną barwę. Jest to bez wątpienia jeden z najtrudniejszych w odbiorze fragmentów albumu „OVO”. Ale  zaraz po nim następuje przepiękna piosenka z łatwo wpadająca w ucho melodią: „Downside-Up”. To wokalny duet Elisabeth Fraser – Paul Buchanan, do którego Gabriel dokłada swoje trzy grosze śpiewając w chórkach. I znowu robi się pięknie, wspaniale, cudownie. Jeszcze tylko instrumentalne nagranie „The Nest That Sailed The Sky”, którego tytuł nawiązuje wprost do okładki albumu i finału widowiska „OVO”. Otwór ten jest zarazem wstępem do zapierającego dech w piersiach zakończenia płyty - utworu „Make Tomorrow”. To dziesięciominutowe dzieło rozpoczyna się dość sennie i nad wyraz spokojnie, by powoli przeistoczyć się we wspaniały hymn o potędze człowieka. Nuta po nucie muzyka  hipnotycznie pociąga za sobą słuchacza i poraża go swym nieskończonym pięknem. I tak, jak to w finale godnym fenomenalnych dzieł bywa, kumulują się tu głosy niemal wszystkich zaproszonych przez Gabriela wokalistów, potęgują się muzyczne siły wszystkich instrumentalistów. A muzyka delikatnie płynie sobie, niczym gniazdo z OVO po niebie. Odpływa daleko, ale tylko po to, by za chwilę móc przywołać ją ponownym naciśnięciem klawisza w kompaktowym odtwarzaczu...

To naprawdę piękna płyta. Może trochę za mało  na niej głosu Petra Gabriela, może jest ona odrobinę zbyt eklektyczna, ale to nie sposób odmówić jej niepowtarzalnego uroku. Warto było wyczekiwać jej aż przez 8 długich lat. Miejmy nadzieję, że na kolejne wspaniałe dzieło Petera Gabriela przyjdzie nam czekać znacznie krócej.

MLWZ album na 15-lecie