Spiral - Cloud Kingdoms

Paweł Świrek

ImageGrupę Spiral miałem przyjemność poznać na jednym z koncertów promujących recenzowany album (w krakowskim Lizard Kingu). Wtedy kompletnie nie znałem jeszcze ich twórczości, więc opisywany właśnie album jest dla mnie praktycznie pierwszą studyjną przygodą z muzyką tego zespołu.

Generalnie mamy na „Cloud Kingdoms” mieszaninę rozmaitych stylów: splatają się tu wątki elektroniczne, ambient, post-rock, dream-pop, trip-hop, a przede wszystkim rock, w tym także rock progresywny. Niespełna 50 minut muzyki rozpoczyna się delikatnymi malowniczymi dźwiękami. Wokale Urszuli Wójcik mogą się kojarzyć nieco z Kate Bush. Czasem można się pokusić o porównania z zespołem Soma White (którego płytę swego czasu recenzowałem dla MLWZ.PL). Pastelowe dźwięki grupy Spiral powracają w kolejnych nagraniach. Z utworu na utwór płyty „Spiral Kingdom” słucha się z coraz większą przyjemnością. Ale już od połowy kompozycji „Black Dwarf” robi się nieco ostrzej, bardziej drapieżnie i nieprzewidywalnie. Chociaż w ostatnich dźwiękach powraca malownicze gitarowe tremolo. Sympatyczne i malownicze nastroje utrzymują się w kolejnych kompozycjach. Nie brakuje tu też mniej lub bardziej zamierzonych ukłonów do twórczości zespołu Coma. Przykładem tego są chociażby niektóre fragmenty utworu „Malleus Maleficarum”.  „Moscow” to utwór instrumentalny i podczas niego ten misternie budowany nastrój z początku płyty powoli pryska i robi się trochę bardziej hałaśliwie za sprawą kompozycji „Sweet And Sour”. Jak się okazuje – nie na długo i na szczęście mamy powrót do wcześniejszych brzmień. Pojawiająca się tu i ówdzie elektronika, tudzież automat perkusyjny nie rażą zbytnio – stanowią one jedynie dodatek do całości. Ciekawostką natomiast jest kończące płytę nagranie „Maybe We Could Become Giants”. Połowa utworu to znany z początku malowniczy nastrój, który poprzez wyciszenie niespodziewanie przechodzi w coś bardziej żywiołowego. Można czasem odnieść wrażenie, że są to dwie, całkiem inne, kompozycje połączone w jedną całość. Szkoda tylko, że ta druga część z wokalem jest taka krótka, bo kompozycja ta rozwija się nad wyraz ciekawie…

Generalnie płyta nie ma jasno określonego stylu i z racji zaskakującej mieszaniny wymienionych wcześniej przeze mnie brzmień nie daje się tak łatwo zaszufladkować. Słuchając płyty „Cloud Kingdoms” od samego początku pomyślałem, że tak prosto nie będzie. I nie jest. Na płycie dzieje się wiele i to do tego stopnia, że trudno to w jakiś prosty sposób opisać. Po prostu trzeba posłuchać. Ba – nawet zakupić płytę, bo naprawdę warto.

MLWZ album na 15-lecie Tangerine Dream w Polsce: dodatkowy koncert w Szczecinie The Watch plays Genesis na koncertach w Polsce już... za rok Airbag w Polsce na trzech koncertach w październiku Gong na czterech koncertach w Polsce Dwudniowy Ino-Rock Festival 2024 odbędzie się 23 i 24 sierpnia