Abel Ganz - Delusions Of Grandeur

Artur Chachlowski,

ImageZa oknem żar leje się z nieba, a na okładce płyty sam środek zimy. Motyw nieskończonych połaci śniegu, zmrożonych, bezlistnych drzew i obsypanej białym puchem samotnej chatki przewija się zresztą w całej, dość ascetycznie prezentującej się szacie graficznej albumu, zamieszczonej wszakże w stylowym rozkładanym digipaku…

„Delusions Of Grandeur”. Iluzje wielkości... Nowy album szkockiej grupy Abel Ganz. Czy ktoś pamięta, że zespół ten zadebiutował jeszcze w latach 80. (pierwszy album „Gratuitous Flash” ukazał się w 1984 roku)? O historii zespołu pisaliśmy na portalu MLWZ.PL sześć lat temu, kiedy to prawie równolegle ukazały się dwa albumy: premierowy „Shooting Albatros” oraz reedycja wydanej oryginalnie w 1988 roku płyty „The Dangers Of Strangers”. Dlatego dziś tylko kilka najważniejszych faktów: „Delusions Of Grandeur” jest już siódmą pozycją w dyskografii zespołu. Zespołu, którego skład w trakcie 30 lat działalności mocno ewoluował. Dość powiedzieć, że nie ma już w Abel Ganz nie tylko słynnego wokalisty Alana Reeda, ale po raz pierwszy zabrakło też dwóch „ojców-założycieli”: Hew Montgomery oraz Hugh Cartera. To, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, dziś stało się faktem. Personalnie dzisiejszy Abel Ganz nie ma już nic wspólnego z oryginalnym składem (choć otrzymał on merytoryczne „błogosławieństwo” od panów Cartera i Montgomery), ale do pewnego stopnia stylistycznie stara się on kontynuować ustalone przed laty wzorce i tradycje. Czyli jesteśmy cały czas w kręgu dobrego, szeroko rozumianego, (neo)progresywnego rocka. Choć są tu też liczne nowinki, niespodzianki i zaskoczenia. Za takie może uchodzić nagranie „Heartland” – absolutnie bajkowe, rozmarzone, mocno nasycone stylistyką ambient oraz world music. Z przepiękną wokalizą w wykonaniu Joy Dunlop oraz fenomenalną instrumentalizacją Jacka Webba. Perełka! To absolutnie jeden z najwspanialszych fragmentów tej płyty. Umieszczony w samym jej środku. Część pierwszą albumu stanowi – a jakże! – długa i wieloczęściowa suita „Obsolescence”, poprzedzona instrumentalnym intro w postaci dwuminutowej kompozycji tytułowej. To wstęp bardzo patetyczny, rzekłbym wręcz orkiestrowy, a w głównych rolach występują tu nierockowe instrumenty: skrzypce, wiolonczele, altówki (gra na nich znany z grupy Iona, Frank Van Essen) oraz oboje i fortepiany. Po nim następuje rzeczona 22-minutowa suita, w której Abel Ganz kultywuje dobre tradycje brytyjskiego prog rocka. Jesteśmy niedaleko muzycznych terytoriów, które ostatnio tak mocno eksploatują grupy Big Big Train i It Bites. Przyjemne linie wokalne przeplatają się tu z ciekawymi partiami instrumentalnymi, a często zmieniające się nastroje płynnie przechodzą w coraz to bardziej rozbudowane formy muzycznej ekspresji. Uzupełnieniem tej długiej, złożonej i przez cały czas przykuwającej uwagę odbiorcy kompozycji, są dwa akustyczne nagrania dopełniające I część albumu: pierwsze – instrumentalne „Spring”, w pojedynkę wykonane przez grającego na akustycznej gitarze wokalistę Micka Mackfarlane’a, oraz drugie, „Recuerdos”, gdzie z kolei gitarze towarzyszą trąbka, tuba oraz głos. No właśnie, trąbka i tuba… To kolejna z nowinek proponowanych przez Abel Ganz na tej płycie. W znacznie większym wymiarze instrumenty te pojawiają się w dwóch finałowych utworach: rozbudowanym „Unconditional” i kameralnym, bardzo emocjonalnym „The Drowning”. Oba wspaniałe, genialnie skonstruowane i będące, obok już wspomnianego „Heartland”, prawdziwymi ozdobami tego albumu. Szczególnie „Unconditional” robi dobre wrażenie. To rozbudowana do 14 minut kompozycja, która z dość niepozornej piosenki, której początek utrzymany jest w stylu grupy Kansas, przeistacza się w wielkie jazzrockowe szaleństwo imponujące wielobarwnością dźwięków, feerią wciskających w fotel partii instrumentalnych, zapierających dech w piersiach rozwiązań melodycznych, okraszonych brzmieniem trąbek, puzonów, saksofonów, rożków angielskich i różnej maści innych dęciaków, które – o dziwo – wcale nie drażnią, a dodają tej kompozycji niebywałego kolorytu. Dużo się tu dzieje. Utwór ten zhierarchizowałbym jako zaskoczenie nr 2 (po „Heartland”), jeżeli chodzi o nowe oblicze muzyki grupy Abel Ganz. Jest jeszcze zaskoczenie nr 3 – utwór „Thank You”. Nagranie absolutnie nie-progresywnorockowe, a raczej… country rockowe, w którym to zespołowi towarzyszą: Jerry Donahue – na co dzień gitarzysta w zespole Fairport Convention oraz grający na akordeonie Malcolm Jones – członek folkowej grupy Runrig. Zaprezentowany w tym utworze pierwiastek muzyki country, a może raczej folk, w którym oprócz dźwięków akordeonu pojawia się m.in. gitara hawajska, to absolutna nowość w brzmieniu Abel Ganz. Ale proszę mi wierzyć, w otoczeniu materiału, który wypełnia płytę „Delusions Of Grandeur”, ten stylistyczny „wybryk natury”, ku mojemu zaskoczeniu, gra tu wręcz idealnie, pasuje bezbłędnie i wspaniale buduje odpowiedni nastrój, który podkreślany jest kolejną instrumentalną gitarową akustyczną miniaturką „A Portion Of Noodles”. Jest ona z kolei doskonałym przygotowaniem pod rozpoczynający się zaraz po niej, wspomniany już magnum opus pt. „Unconditional”.

Bardzo interesująca to płyta. Być może nieco zbyt eklektyczna, ale za to pełna licznych niespodzianek. Być może ciut za długa (74 minuty!), ale dzięki temu znaleźć na niej można pokaźny kawał świetnej muzyki. Być może stanowiąca zbyt dużą stylistyczną woltę w stosunku do poprzednich wydawnictw grupy, ale świadcząca o tym, że zespół nie stoi w miejscu, a pomimo długiego stażu wciąż poszukuje, rozwija się i odważnie eksperymentuje. Wydaje mi się, że odejście dwóch filarów, panów Montgomery’ego i Cartera (choć obu, wprawdzie w śladowych ilościach, ale można usłyszeć na tej płycie) pozwoliło reszcie zespołu na głębszy oddech i odważne muzyczne poszukiwania. Kim są ci śmiałkowie, którzy płytą „Delusions Of Grandeur” wprowadzili banderę Abel Ganz na nowe, nieznane wcześniej wody? Trzon grupy tworzą: Denis Smith (dr), Davie Mitchell (g), Stephen Donelly (bg), Jack Webb (k) oraz wykonujący naprawdę kawał świetnej roboty wokalista Mick Mackfarlane. Z wokalisty, który zaśpiewał zaledwie w jednym utworze na poprzednim albumie „Shooting Albatros” przeistoczył się on w charyzmatycznego lidera, który swoim śpiewem (i grą na gitarze akustycznej) potrafił udźwignąć emocjonalny ciężar całej nowej płyty. Gorąco ją wszystkim polecam!

MLWZ album na 15-lecie