Black Moon Circle - Andromeda

Andrzej Barwicki,

ImageZawsze z dużym zainteresowaniem przeglądam nowości muzyczne pochodzące z Norwegii, gdyż czasami, już przy pierwszym przesłuchaniu, zostaję pochłonięty ich nietypową aurą, na którą ma wpływ panujący na nich klimat. Album, o którym chcę dzisiaj napisać kilka słów ukazał się w październiku ubiegłego roku, nosi tytuł „Andromeda”, a nagrało go trzech muzyków ukrywających się pod nazwą Black Moon Circle. Wcześniej, dwóch z nich tworzyło zespół o nazwie The Reilly Express. Ich punkrockowa twórczość nie spotkała się jednak z przychylnym odbiorem, a co za tym idzie postanowili stworzyć coś „nowego”, co pozwoliłoby na realizację ich muzycznych ambicji. Próbka tego, co miało wyrwać ich z artystycznego niebytu została zarejestrowana na EP-ce zatytułowanej „Black Moon Circle”, na której zamieszczono trzy nagrania. Coś się zmieniło i muzyką tego tria zaczęło interesować się więcej słuchaczy. Pchnęło to Norwegów do tworzenia kolejnych nagrań. Tym oto sposobem powstał debiutancki longplay zatytułowany „Andromeda” wydany przez Crispin Glover Records. Tak przy okazji zachęcam do zainteresowania się czyje jeszcze płyty ukazały się za sprawą tej wytwórni. W ostatnich latach wiele bardzo dobrej muzyki granej przez znanych, jak i tych dopiero wypływających na europejski rynek, docierało do nas z tego kraju. Black Moon Circle to jeszcze jeden dowód na to, że będąc stosunkowo mało znanym można zagrać coś tak interesującego i ekscytującego, co daje wiele radości zarówno samym twórcom, jak i słuchaczom.

Już początek płyty w postaci utworu „The Machine On The Hill” przenosi nas w psychodeliczną otchłań. Jest w nim bardzo spacerockowo, a znakomita linia basów i perkusji odznacza się bardzo dużym temperamentem. Gitarowy „jazgot” zadziała lepiej, niż niejedna tabletka przeciwbólowa! Uczuciem niepokoju napawa nas „Jack’s Cold Sweat”, w którym wsłuchujemy się w trochę monotonne brzmienie, ale to tylko chwilowa gra muzyków, po której znacznie podkręcają oni tempo, nie tracąc przy tym wyrazistego, porywającego stoner-rockowego uroku i hipnotyzującego akcentu. Kolejne nagranie, zatytułowane „Supernova”, wydaje się być nieco ociężałe, jest jednak bardzo tajemnicze w swym wykonaniu i dąży w kierunku ciemnej otchłani, a tym samym idealnie tonuje emocje. Nie brak również na „Andromedzie” dźwięków gitary akustycznej, której brzmienie wykorzystano w utworze „Dragon”. Po kilku minutach uderzają w nas silną ekspresją gitara elektryczna i bębny. Norwegowie potrafią wstrząsnąć słuchaczem odpowiednim ładunkiem odjazdowych zgrzytów, bardzo mocnych w swym przekazie, a jednocześnie niepozostawiających złudzeń co do zdolności twórców tego albumu. Przed nami ostatni kwadrans tej debiutanckiej płyty, który wypełni tytułowy utwór „Andromeda”. To zakończenie, które potrafi zwalić z nóg, a poczynania muzyków profesjonalnie grających na swych instrumentach odzwierciedlają spontaniczność i kreatywność, które  zasługują na bardzo dobrą ocenę tego, co udało im się zrealizować na tym bardzo dobrym albumie.

Ja jestem podekscytowany tym, co usłyszałem w wykonaniu: Øyvina Engana (wokal, gitara basowa), Vemunda Engana (gitary) i Pera Andreasa Gulbrandsena (perkusja). Wymienionych panów wspomagał Scott Heller (syntezatory). Szczerze polecam zgłębienie się w tę psychodeliczną i kosmiczną dawkę niezwykłych kompozycji, bo dzięki nim można na chwilę utracić kontakt z rzeczywistością, co okazuje się być bardzo miłym i pozytywnym doznaniem.

MLWZ album na 15-lecie