Buenos Agres - Tam gdzie nie ma echa

Artur Chachlowski,

ImageGrupę Buenos Agres prezentowaliśmy na łamach MLWZ.PL ponad dwa lata temu przy okazji debiutanckiej EP-ki (małoleksykonowa recenzja tutaj). Od tego czasu sporo pozmieniało się w tej pochodzącej z Bielska-Białej kapeli. W zespole ostały się praktycznie tylko trzy osoby: wokalistka Anna Mysłajek (to jeden z najwspanialszych nowych żeńskich głosów w polskim rocku), gitarzysta Tomasz Wojtusiak oraz perkusista Andrzej Obuchowski. Skład grupy uzupełnili: basista Rafał Wieja, gitarzysta Szymon Dębowski oraz aż dwóch klawiszowców: Łukasz Pocha oraz Paweł Fabrowicz. Ten pierwszy sprawuje dodatkowo funkcję „DJ-a”, gdyż trzeba wiedzieć, że Buenos Agres nie stroni od licznych triphopowych inklinacji, a ten drugi gra w innym bandzie rodem z Bielska-Białej, Lizard. Co jeszcze? Niedawno zespół próbował swych sił (z umiarkowanym skutkiem) w jednym z telewizyjnych talent show, a także skompletował materiał, z którym wszedł do studia, by nagrać pełnowymiarową płytę.

Album zatytułowany „Tam gdzie nie ma echa” ukazał się w pod koniec lutego. Piękny, stylowy, rozkładany na trzy części digipak, w środku książeczka z tekstami (nie znalazłem informacji kto jest ich autorem, ale sądząc po tym, że większość z nich śpiewana jest z kobiecego punktu widzenia, podejrzewam, że musi to być Anna – kolejne duże brawa!), a na okładce prowadząca rower postać z cylindrem na głowie. Czyżby kominiarz? Na szczęście?...

Tak! Na szczęście! Bo album „Tam gdzie nie ma echa” na szczęście zawiera wyłącznie dobrą, a długimi chwilami bardzo dobrą muzykę. Trzymajmy więc kciuki, chwytajmy się za guziki! Dajmy szansę tej, już teraz, w chwili płytowego debiutu, bardzo dojrzale brzmiącej grupie, która potrafi grać i śpiewać w sposób wręcz zachwycający.

Gdy pisaliśmy o EP-ce „Buenos Arges” nie szczędziliśmy słów zachwytu wobec tej formacji. Dziś wypada je tylko powtórzyć, z tym jednak zaznaczeniem, że zespół Buenos Arges w naturalny sposób wspiął się o szczebel wyżej, brzmi bardziej dojrzale i przekonywująco, a całość materiału na płycie jawi się jako spójna, zwarta i przykuwająca uwagę od pierwszej do ostatniej minuty produkcja.

Ania Mysłajek zarzuciła śpiewanie po angielsku – wszystkie utwory wykonuje po polsku (jeszcze jeden duży plus!), zespół wybrał to, co najlepsze z poprzedniego wydawnictwa, a więc utwory „Do S. (EKG)” oraz „Tu i teraz” (ten drugi jest prawdziwą ozdobą tego albumu) i dorzucił do nich 6 nowych utworów. Mamy więc łącznie 8 dobrych, trwających łącznie 50 minut, utrzymanych w homogenicznym stylu utworów obłożonych instrumentalnymi intro oraz outro. Słucha się tego znakomicie.

W grze zespołu słychać entuzjazm i prawdziwy power, który na każdym kroku udziela się odbiorcy. Album nie ma ani jednego słabego punktu. Posiada za to co najmniej kilka prawdziwych muzycznych killerów. Według mojego odczucia są nimi – niezmiennie „Tu i teraz” - oraz kompozycje, które zrobiły na mnie przeogromne wrażenie już przy pierwszym przesłuchaniu: „Szept”, „Prośba” (świetny, instrumentalny wstęp z genialną partią zagraną na wiolonczeli przez gościnnie występującego tu Szymona Jakubca), „Coraz mniej” oraz przesycona elektroniką „Supernowa”. Ale powtarzam, całego albumu słucha się znakomicie, nie ma na nim słabych momentów, a po wysłuchaniu ostatnich jego dźwięków, ręka każdorazowo mimowolnie zmierza do przycisku PLAY.

Najlepsza polska płyta pierwszego półrocza 2015? Zdecydowanie tak! A zarazem mocny kandydat do miana Polskiego Albumu Roku. Riverside będzie się musiał mocno postarać. 

MLWZ album na 15-lecie