Riverside - Out Of Myself

Paweł Świrek

ImageW sobotę wystąpią na tegorocznej, progrockowej edycji Metal Hammer Festival, a dzisiaj, na zaostrzenie apetytów, zajmiemy się ich pierwszym krążkiem. „Out Of Myself” był płytowym debiutem zespołu Riverside, chociaż nieco wcześniej kapela wydała swoje demo. Na albumie tym znalazły się utwory, które publiczność poznała właśnie dzięki demo, a jego program uzupełniło kilka premierowych kompozycji.

Całość rozpoczyna długa, rozbudowana kompozycja zatytułowana „The Same River”. To dwanaście minut muzyki ze sporą ilością zmian melodyjnych. Tytułowy utwór rozpoczyna się kultową już szeptaną sentencją: „voices in my head”, w której w początkowych fragmentach uwagę przykuwa linia basu Mariusza Dudy. Pierwsza z ballad - „I Believe”- to utwór, w której prym wiedzie głos i gitara akustyczna Mariusza. Potem mamy pierwszą część niepokojącego instrumentalnego, aczkolwiek porywającego, „Reality Dream”. Warto dodać, iż to nagranie ma aż trzy części, z czego pierwsze dwie trafiły na debiutancki album. Potem wybrzmiewa przebojowy „Loose Heart” i rozpoczynający się od wybierania niewłaściwego numeru telefonu „Reality Dream Part II”. Melodyjny i balladowy Riverside wraca w „In Two Minds”, a następnie mamy kolejną rozbudowaną kompozycję pt. „The Curtain Falls”. Warto wspomnieć, iż tym utworem zespół Riverside kończył przed laty swe koncerty promujące ten album. W jego końcowych fragmentach kolejne instrumenty wyciszają się, zaś końcówka jest grana wyłącznie na samych klawiszach. Płytę kończy ballada „OK” przyozdobiona dźwiękami puzonu.

Chociaż płyta sprawia wrażenie zbioru pojedynczych kompozycji - co nie bardzo musi dziwić, ponieważ były one tworzone w różnych okresach - to teksty stanowią jedną spójną całość. Przedstawiają one opowieść o zmaganiach człowieka w codziennym życiu, o niepowodzeniach i próbie powrotu do życia między ludźmi. Historia ta niestety nie ma happy endu, gdyż jej bohater godzi się ze swym smutkiem. Jeśli chodzi o stronę muzyczną „Out Of Myself”, to daje się zauważyć inspirację twórczością takich zespołów jak Dream Theater, Pain Of Salvation czy Tool, co nie przeszkadzało w nagraniu w sumie dość oryginalnie brzmiącego wydawnictwa, które stało się początkiem kultowej trylogii.

Przed Riverside w Polsce nikt nie grał w taki sposób, co w pewien sposób wypełniło niszę na rynku i zadecydowało o późniejszych ogromnych sukcesach zespołu. Warto też dodać, iż historia zaprezentowana na tymże albumie doczekała się potem kontynuacji na drugim pełnowymiarowym krążku grupy, który zatytułowano „Second Life Syndrome”.

MLWZ album na 15-lecie Tangerine Dream w Polsce: dodatkowy koncert w Szczecinie The Watch plays Genesis na koncertach w Polsce już... za rok Airbag w Polsce na trzech koncertach w październiku Gong na czterech koncertach w Polsce Dwudniowy Ino-Rock Festival 2024 odbędzie się 23 i 24 sierpnia